— Nie inaczej — odpowiadali zecerzy — wszak to cóż takiego. — Potem straszliwe macierzyste wymysły przetaczały się w powietrzu i czyjś piskliwy głos krzyczał:
— Tego Piersikowa rozstrzelać trzeba.
— Co ma z tym Piersikow — odpowiadali z tłumu — tego sukinsyna w sowchozie — ot kogo rozstrzelać.
— Ochronę trzeba było postawić — wykrzykiwał ktoś.
— Tak, a być może to wcale i nie jajka.
Cały gmach trząsł się i huczał od kół rotacyjnych i stwarzało się takie wrażenie, że szary monotonny gmach kołysany jest przez pożar elektryczny.
Wschodzący dzień nie wstrzymał go. Przeciwnie, tylko spotęgował, chociaż i elektryczność zgasła. Motocykle jeden za drugim wtaczały się na asfaltowe podwórze, na zmianę z samochodami. Cała Moskwa wstała i białe arkusze gazety przyodziały ją jak ptaki. Arkusze sypały się i szeleściły w rękach wszystkich, i gazeciarzom o godzinie jedenastej rano zabrakło numerów, pomimo że „Izwiestia” wychodziły w tym miesiącu w nakładzie półtora miliona egzemplarzy. Profesor Piersikow wyjechał z Preczystienki autobusem i przybył do instytutu. Tam oczekiwała go nowość. W westybulu stały akuratnie obite metalowymi pasmami drewniane skrzynki, w liczbie trzech sztuk, upstrzone zagranicznymi naklejkami w języku niemieckim i nad nimi panował jeden ruski kredą zrobiony napis: „ostrożnie — jaja”.
Szalona radość ogarnęła profesora.
— Nareszcie — zawołał: Pankrat, otwieraj skrzynki natychmiast i ostrożnie, ażeby nie rozbić. Do mnie do gabinetu.
Pankrat natychmiast wykonał polecenie i po kwadransie w gabinecie profesora, usianym trocinami i strzępkami papieru, rozszalał głos jego: