— To są niegodziwe intrygi — zawołał.
— Czyje intrygi, jakie intrygi.
— Wasze — wasze — was popów szarlatanów, którzy wszędzie własny interes macie tylko na widoku, wybuchnął z oburzeniem baron i zostawiwszy zdumionego opata, który był najpewniejszy, że baron zwaryjował, poleciał wprost do pani radczyni.
Pani radczyni nie zastał w domu, wyjechała z panną Pelagiją i dwiema zakonnicami na parę dni do Żegiestowa. To utwierdziło barona w podejrzeniu, że panna Pelagija stała się ofiarą księżych knowań, z których przez miłość, jaką miał dla niej, przez pamięć na swoje długi i portmonetkę, postanowił ją wyrwać. A najprzód należało całą tę sprawę odkryć światu i poddać pod sąd opinii publicznej.
Opinia publiczna reprezentowana przez jednego z korespondentów dziennikarskich, miała stałą siedzibę w restauracyi pod Barankiem, gdzie w chwilach wolnych od pisania zajmowała się specyalnie kartami i bilardem. Opinią tę znał był baron dawniej osobiście; ale ze względu na socyalną pozycyę, jaką zajął w Krynicy w kongregacyi pobożnych pań, baron unikał tej znajomości, bojąc się nią skompromitować, gdyż wyżej wyrażona opinia publiczna używała złej opinii w tych kółkach, nie tyle z powodu specyalnego uprawiania kart, bilardu, ile w skutek antireligijnych dążności objawianych w korespondencyach.
W ramiona to tej opinii rzuciła barona dzisiaj nieszczęśliwa miłość. Odstępstwo od obozu klerykalnego odbyło się bez wszelkich namysłów — pan baron bowiem nie należał do ludzi, którzyby zasady pojmowali na seryo i przywięzywali do nich jaką wagę. Zasad używał baron jako rękawiczek dla przyzwoitości, stosownie do czasu i miejsca i okoliczności. A że fioletowe rękawiczki go zawiodły, więc bez namysłu włożył czerwone ultrademokratyczne i postępowe i oddał się cały demokracyi z warunkiem, by mu ta pomogła do odzyskania najdroższych nadziei jego.
Przy kolacyjce i butelce wina złożył pan baron w ręce korespondenta powalane atramentem swoje losy i wyznanie zasad demokratycznych — a w kilka dni potem w jednym z dzienników krajowych przerażeni goście kąpielowi czytali następującą wiadomość:
Jeszcze jedna ofiara machinacyj jezuickich. Czarny internacyonal rozszerzając coraz dalej pajęcze sidła swoje i u nas tutaj (u nas miało znaczyć w Krynicy) sięgnął po swoją ofiarę. W skutek namowy tego stowarzyszenia bogata dziedziczka, będąca już prawie zaręczoną z młodzieńcem szlachetnego rodu, pełnym zacnych przymiotów i dystynkcyi — postanowiła wstąpić do klasztoru. W imieniu prawdy dajemy tu głos oburzeniu naszemu — pewni będąc, że familia uwiedzionej ofiary przejrzawszy jasno niegodne tendencye tej propagandy religijnej, wpłynie rozsądnemi radami swemi na młodą i niedoświadczoną istotę i odwiedzie ją od powziętego zamiaru, który doprowadzony do skutku, stałby się przyczyną strasznych cierpień nieszczęśliwego młodzieńca.
Spragnioną nowinek i plotek publiczność kąpielową artykuł ten zelektryzował i wzruszył. Szukano, badano, domyślano się, która to jest ta czuła para, którą intrygi jezuickie rozerwać usiłowały. Podejrzywano każdą młodą panienkę o zamiar wstąpienia do klasztoru, na każdej zamyślonej twarzyczce czytano rotę ślubów zakonnych, przestraszeni narzeczeni biegli co prędzej do swoich najdroższych i żądali powtórzenia przysiąg miłosnych, wymagali nieledwie aktów notaryalnych i rewersów dla tem większego ubezpieczenia się. Tylko panny Pelagii i pana barona nikt nie podejrzywał. Nikt bowiem panny Pelagii w Krynicy (rozumie się oprócz barona) za posażną dziedziczkę i do tego niedoświadczoną nie uważał, — no, a barona nawet najbujniejsza fantazya nie mogła sobie wyobrazić jako młodzieńca. Ale co najciekawsze, że sama panna Pelagija głowę sobie łamała nad wyszukaniem owej bogatej dziedziczki, która wraz z nią mimo wiedzy zeszła się z myślą wstąpienia do klasztoru. Pytano się księdza opata, jako spowiednika, a więc głównego depozytora wszystkich sekretów panieńskich; a ksiądz opat klął się na wszystkie świętości, że nic nie wie. Nieprzypuszczał bowiem, że tu szło o pannę Pelagiję i barona, niepodejrzywał nawet tego ostatniego, pomimo rozmowy, jaką miał z nim niedawno, o umaczanie rąk w tej sprawie i fabrykacyą artykułu, i niktby go nawet nie był posądził o odstępstwo od katolickich zasad, gdyby baron sam nie był się publicznie afiszował ze swojem niedowiarstwem, nie był opuszczał ostentacyjnych nabożeństw i wygadywał niestworzone rzeczy na księży i wszystkie kongregacye katolickie, nazywając je szarlataństwem, komedyą i eksploatacyą łatwowiernych ludzi.
Ze zdumieniem i zgrozą dowiedziała się pani Cezarowa o tej nagłej a nie spodziewanej zmianie najgorliwszego wyznawcy, a że miała słabość do barona, nie tyle jako do człowieka, ile do barona i katolika, przeto dbając o jego nawrócenie i opamiętanie, zakupiła na tę intencyą u księdza opata mszę świętą, na którą zaproszono wszystkich wiernych, niewyłączając panny Pelagii i pani radczyni.