— Nie uwierzy pani ile mnie to zmartwiło, że przy pierwszém zbliżeniu się do pani otrzymałem jakby to powiedzieć —

— Koszyk — rzekła Pelagia z otwartością i swobodą, która była jéj właściwą.

— Niech tak będzie, jeśli się pani to tak nazwać podoba.

— Ależ pan, panie baronie, powinieneś się już był oswoić z koszykami — rzekła Pelagija wesoło.

Baron połknął tę pigułkę i pomyślał sobie w duszy:

— Teraz przysiągłbym, że ma grube pieniądze. Panny bez posagu nie bywają takie rezolutne.

Biedny baron tak był przyzwyczajony do koszyków od posażnych panien, że teraz na pewniaka w każdym koszyku wietrzył posag. Z respektu więc przed tym posagiem połknął złośliwy żarcik Pelagii i udając fantazyję rzekł:

— Są rzeczy, do których się nigdy przyzwyczaić nie możemy. Do tych należą te — tak nazwane przez panią koszyczki. — Najlepszym tego dowodem jest to, że niezrażony pierwszém niepowodzeniem przychodzę prosić panią do drugiego mazura.

— Już tańczę.

— Już?