— Poproszę ojca, żebyśmy wstąpili do was choć na parę dni.

— A babcia was nie puści aż za kilka, kilkanaście. Będziemy biegały po polach i lasach. U nas okolica taka piękna, a dziadunio i babcia tacy gościnni! Zobaczysz, że ci się u nas spodoba.

— Kto wie, — odezwała się Zosia, która dotąd z pobłażliwym uśmiechem słuchała przyjaciółki — ja Ukrainka, przyzwyczajona do szerokich stepów, może mi za duszno, za ciasno będzie w waszych górach, jak tu w klasztorze.

— U nas nie góry, zaledwie pagórki; nasz dwór na wzgórku, a stamtąd taki przestronny widok na kilka mil wokoło, że kiedy nieraz patrzę z okienka mego, to radabym od jaskółki pożyczyć skrzydełek i szybować w powietrzu. Za dworem niedaleko płynie rzeczka bystra, będziemy więc miały kąpiel wyborną.

— Panno Janino! — odezwał się nosowy, donośny głos od furtki ogrodowej — panno Janino!

— Ach! to pewnie po mnie przyjechali — zawołała panienka, klasnęła z uciechy w rączki i pobiegła w podskokach ku klasztorowi. Po kwandransie wróciła. Miała już kapelusik z popielatą woalką na głowie, lekką zarzutkę na ramionach i torebkę podróżną, przewieszoną przez plecy.

— No, ja już gotowa, jadę — mówiła z promieniejącą od radości twarzą do swojej przyjaciółki, naciągając szybko rękawiczki — babunia sama przyjechała po mnie.

— Daleko masz do domu?

— Nie całe cztery godziny jazdy. Mówiłam już babuni, że przyjedziecie: ucieszyła się bardzo. No, kiedy się was spodziewać?

— To zależeć będzie od ojca, kiedy wróci z wód. Pisał wczoraj, że najdalej za tydzień.