— E, bo panienka się pyta, a niby to panienka nie wie, że pojechał.
— Nie wiedziałam. A dokąd pojechał?
— Czy ja wiem? Walek będzie pewnikiem wiedział, bo on go woził. Walek! — zawołał donośnym głosem na całe gardło — panienka się pyta...
Przerwała mu coprędzej Janina, z obawy, by dziadek przez okno nie usłyszał, że się dopytuje o Adama. Wolała sama pójść do Walka, który w szopie kręcił powrósła, i zapytała go niby od niechcenia, w przechodzie, dokąd pan Adam pojechał.
— Juści do ojców swoich.
— Na długo?
— Albo to on powiedział?
Powinna była ucieszyć się tą wiadomością, że sobie pojechał i to na czas nieoznaczony, a jednak, dziwne są kaprysy szesnastoletniej panienki — wcale jej to nie ucieszyło. Tak już jakoś przywykła do tego, żeby go widzieć przy obiedzie, przy wieczerzy, że nieobecność jego robiła na niej takie wrażenie, jakby czegoś brakowało w pokoju. Teraz, kiedy go nie było, przekonała się, że potrzebuje go mieć blizko siebie, choćby dla tego, aby mu dawać poznać, że o niego nie dba i że go nie cierpi. Byłaby może bardziej jeszcze uczuła pustkę po jego odjeździe, gdyby nie to, że w parę dni potem dostała list od Zosi, w którym jej donosiła, że ojciec jej już jest w Krakowie i że wybierają się do nich. Zaprzątnęła sobie teraz głowę Zosią i zapomniała całkiem o Adamie.
III
W gruby tom urosłaby ta powiastka, gdybym chciał opisywać wszystko, co robiły i co mówiły Zosia i Janina, gdy się ujrzały po tygodniowej zaledwie rozłące. Dnie były dla nich zakrótkie, nie mogły się nagadać dowoli; to też nocami wysiadywała jedna drugiej na łóżku i nieraz tak się nagadały, iż dopiero bielejące od wschodu niebo przypominało im, że trzeba iść spać. To, co w klasztorze mówiły, to się nie liczyło, bo naprzód nie mogły tam nigdy długo rozmawiać ze sobą, a powtóre argusowe oczy ochmistrzyni ciężyły na nich i odbierały im swobodę. Ale tu nic ich nie krępowało, nikt ich nie pilnował, mogły nagadać się do woli, o czem tylko rzewnie chciały.