— Ktoś jedzie. Może do was — odezwała się Zosia.
Janina przyłożyła rączkę do czoła i wpatrzyła się przed siebie, ale migająca się ciągle za topolami bryczka nie dozwalała poznać, kto jedzie. Dopiero koło mostku odsłoniła się całkiem i Janina, poznawszy zapewne po ubraniu siedzącego na bryczce mężczyznę, oblała się żywszym rumieńcem, potem sfałdowała czoło kapryśnie i usiadła.
— Któż to? — spytała Zosia.
— E, to... niby mój wuj.
— Masz wuja? Nie wspominałaś mi nigdy o nim.
— Bo to daleki bardzo.
— I zapewne rzadko u was bywa?
— Owszem, ale ja go znieść nie mogę.
Na tem urwała się rozmowa i panienki zajęły się robotą. Janina, więcej jeszcze może niż Zosia, nie miała jakoś dzisiaj ochoty wracać do domu i kiedy Zosia parę razy zabierała się, aby już iść, zwlekała pod różnemi pozorami. Nareszcie musiała przecież iść, bo zmierzchać się już zaczynało i na seledynowem niebie wieczorna gwiazda zabłysnęła tuż nad topolą. Zdawało się, że gdyby kto silnie zatrząsł topolą, toby spadła na ziemię, jak dojrzałe jabłuszko.
Rozmawiając o tej gwieździe, która, im bardziej ciemniało niebo, tem jaśniej występowała, doszły do domu, gdzie ich spotkała od dziadków bura, że tak długo bawiły, że przemoczą po rosie nogi i dostaną kataru. Po wyrecytowaniu tej przygotowanej bury, dziadek nie omieszkał przedstawić Zosi Adama, a Zosia nie omieszkała podczas wieczerzy szepnąć Janince, że to bardzo przystojny mężczyzna.