Zanim wejdziemy w sam wąwóz, muszę zwrócić uwagę waszą na dwie osobliwości.

Jedną jest popielata skała, stojąca u samego wjazdu do doliny kościeliskiéj. Składa się ona cała jakby z kamiennych ziarnek jęczmienia, i dlatego lud nazywa ją jarcem. Te ziarnka są to w istocie skamieniałe skorupy ślimaczków. Więcéj takich skamieniałości spotykamy na drodze do Kościelisk i w okolicy Lidźmierza, co jasno pokazuje, że kiedyś Nowotarska dolina była łożyskiem ogromnego morza, którego bałwany rozbijały się o tatrzańskie granity. Skamieniałości ślimaków są pamiątką z téj epoki.

Drugą osobliwością, która mile uderza podróżnego, jest silna woń fiołków i malin, która szczególniéj po deszczu napełnia powietrze. Zapach ten nie pochodzi wcale od kwiatów, ale od kamieni leżących nad rzeką, przykrytych lekką powłoką czerwonawego, rdzawego porostu. Porost ten zwilżony wodą wydaje tak cudowną woń.

Tak dla położenia swego, jak łatwego przystępu do kopalń rudy, Kościeliska były najwięcéj zamieszkałe i ożywione. Tu według podania był pierwszy kościołek (ztąd nazwa Kościeliska), tu kopano za króla Zygmunta rudę złotą i srebrną i tarto ją, jak o tem świadczą dwa kamienie młyńskie leżące w wąwozie, o których legendę powiem wam, gdy do nich dojdziemy; tu były zabudowania gospodarskie i murowane domki, a wreszcie karczma, dziś w ruinie stojąca. Obecnie goście zamiast do karczmy, podjeżdżają do obfitego źródła otoczonego darniowemi kanapkami, i posiliwszy się, ruszają ztamtąd na zwiedzania wąwozu, a nawet wychodzą na szczyt Pysznej.

Myśmy tak samo zrobili. Po małej przekąsce Jędrek puścił konia na trawę, a sam wziąwszy zawiniątko, poszedł przodem w wąwóz, opowiadając mi o nim, co sam wiedział. Gdyśmy doszli do skały Sowy, zatrzymał się i odwrócił ku mnie.

— O! patrzcie — rzekł, wskazując na stromą ścianę wąwozu — widzicie u góry ten otwór szeroki; to jama zbójecka. Głęboko ona wykuta w skale i ma kręte chodniki. Tam kryli się zbójniki przed żandarmami, a w potrzebie to po świerkach, co rosną na ścianach wąwozu, umieli się spuszczać na dół jak po drabinie.

— Czy to tu twój tatuś poszli?

— A kto go wie? Może.

To powiedziawszy, włożył dwa palce w usta i świsnął przeraźliwie, donośnie raz i drugi, a potem przestał i czas jakiś nasłuchiwał.

— Nie ma go — rzekł — boby się był odezwał.