Nazaiutrz, gdym się gotował, iak by pocieszyć strapionego kuzyna, wszedł do mnie w tak wesołym humorze, iak gdyby wczora nic nie miał przeciwnego. Poznałem z dalszey mowy, iż nowa facyenda sprawiła mu ten wesoły humor.

Żyłem w tym domu spokoynie przeszło cztery miesiące. To tylko mię dziwiło, iż ile razy wyieżdżałem z kuzynem, zawsze przez garderobę i skryte schody schodziliśmy na tyły dziedzińca i poboczną bramą, właśnie iak ukradkiem wymykaliśmy się z domu. Gdy dnia iednego wszedłem do przedpokoiu, zastałem w nim pełno ludzi rozmaitego gatunku. Nie wiedząc, co by te assamble znaczyły, opowiedziałem kuzynowi podziwienie moie. Alem się bardziey ieszcze dziwił, gdy mi on bez ogrodki powiedział, iż ci goście są iego kredytorowie, których, nie chcąc słuchać natrętnych uskarżeń, zostowuie poty w nadziei pomowienia z sobą, póki się nie dowiedzą od ludzi, iż pan wsiadł iuż do karety i z domu wyiechał. „Ah! Przyiacielu — rzekłem do niego — iakże możesz być spokoyny na to zamieszanie, które co dzień w domu twoim widzisz?”. Rozśmiał się kuzyn i z twarzą wesołą: „Iuż to lat kilka — rzecze — iak patrzę na to z wielką spokoynością. Im bardziey się pomnażaią długi, tym większey spokoyności nabywam, zdaiąc zupełnie na kredytorów troski, których doznaią nieostrachani pozwami i tradycyami dłużnicy”.

Gdy to mówił, usłyszałem rozruch iakiś w pałacu; a spytawszy się, co by to było, dowiedziałem się, iż P. Starosta, przyiść nie mogąc do dóbr sprzedanych sobie od kuzyna dla86 kredytorów, którzy ie dawniey zatradowali, traduie nam pałac, meble i wszystkie sprzęty domowe. Przerażony tym niepomyślnym przypadkiem, a boiąc się, aby podobnie nie stało się także z dobrami, które nabyłem od niego, wpadłem iak nayprędzey na pocztę, śpiesząc się dniem i nocą do moiego dziedzictwa. Ale iakżem się zdziwił, gdym tam obaczył P. Skarbnika, który, trafić nie mogąc do dóbr nabytych przy Wołoszczyźnie, po uczynionym kilkakrotnie manifeście o expulsyą przez kredytorów z tych dóbr, które ia nabyłem, ostatnią ieszcze nadzieię swoią pokładał w Warszawie, dokąd wybieraiącego się, na samym prawie wsiadaniu zastałem. Wysłuchawszy cierpliwie wszystkiego, co mu żal przeciwko mnie niosł naówczas do gęby, nie mogłem go przekonać, iż równie mnie, iako i iego zgubiły facyendy87.

Powróciliśmy oba do Warszawy, ale wszystkie starania nasze były nadaremne. Ten, który uciekał przedtym skrycie z domu przed kredytorami, podobnym sposobem uchodził przede mną. A lubo88 każdy palcem go wytykał, w bezkarności iednak swoiey znayduiąc dla siebie schronienie, śmiał się i z prawa, i z tych, których złupił.

Rozdział IX

Będąc coraz w smutnieyszym stanie, a nie maiąc nadziei wsparcia od matki, postanowiłem na koniec dla uniknienia hałasu moich kredytorow puścić się za granicę. Do tey myśli posłużył mi przypadek, tym dziwnieyszy, im był osobliwszy. Współuczeń móy niegdyś i antagonista w szkołach, syn sławnego doktora Panien Starego Sącza spotkał się ze mną przypadkiem na ulicy. Stan iego, iak uważałem, nie był naylepszy, ale że pospolicie w nieszczęściu inaczey myślą ludzie, okazałem mu ukontentowanie moie z tey przygody. Zaproszony od niego do domu, dowiedziałem się, iż wzgardziwszy profesyą oyca swego, chwycił się pożytecznieyszych nauk, szukaiąc ruchu ustawicznego, kwadratury cyrkułu, lekarstwa powszechnego i kamienia filozoficznego. Że zaś, iak mi powiadał, nie masz w Polszcze nadgrody89 dla ludzi uczonych, odkrył mi myśl swoią, iż się miał puścić w balonie aerostatycznym, aby szukał gdzie indziey lepszego szczęścia dla siebie.

Nie wiem, czyli przeznaczenie moie czyli też strapiony umysł nieszczęśliwościami, których doznałem, były mi powodem, żem przyiął podany proiekt puścić się z nim w tę podróż. Prawda, iż kilka balonów spalonych na powietrzu, a mianowicie w Hiszpanii, gdzie sławny tey żeglugi admirał połamał sobie nogi i potłukł ciężko głowę, mimo 8000 realów wyznaczonych za to od xiążęcia Asturyi trwożliwym mię z początku czyniły; ale los móy i niespokoyność nakłoniły na koniec do tego, żem przystał na podany proiekt.

Uczyniwszy potrzebne przygotowanie do tey podróży, dnia 21 marca (bo ta iedna tylko data potrzebna iest do moiey historyi) o godzinie szostey z rana, trzymaiąc łódź przywiązaną do balonu mocną liną przy ziemi, zaczęliśmy go napełniać gazem tak szczęśliwie, iż w trzynastu minutach podniosł się do góry.

Gdyby niektóre przyczyny nie były nam na przeszkodzie, zrobilibyśmy byli widowisko dla całey Warszawy. Wszakże w tym wieku, kiedy się każdy szczyci z ludzkości, chętnie iednak patrzy na to, co iest z hazardem życia cudzego; i im większe widzi niebezpieczeństwo, tym żywszą radość okazuie klaskaniem.

Jak tylko kolega móy przeciął linę, która nas utrzymywała przy ziemi, natychmiast balon podniosł się z nami z taką szybkością, iż w krótkim czasie zniknęła nam z oczu Warszawa.