We dwie godziny zrobił się dzień iasny. Pogladaiąc na Xiężyc, zdziwiłem się, iż balon móy nie tak był wysoko, iakem się spodziewał. Zniknął mi iednak z oczu kray sielański, bo wiatr wschodowy coraz się bardziey wzmagaiąc, niosł mię z sobą gwałtownie. Przez kilka godzin byłem prawie w iedney wysokości, chociaż często przydawałem gazu. Widząc na koniec, iż ciężar złota nie dopuszczał mi wyżey się podnieść, zacząłem wyrzucać z łodzi cięższe bryły, na kształt kupca wrzucaiącego w morze towary swoie, gdy mu nawałność grozi utratą życia.
Mgły grube, które potym171 okryły Xiężyc nie dały mi widzieć, co się ze mną działo i w iakim mieyscu znaydowałem się od dni czterech. Z tym wszystkim byłem bez naymnieyszey boiaźni, częścią dlatego iż miłość oyczyzny i nadzieia iey oglądania nie wystawiały mi przed oczy niebezpieczeństwa, na które się puszczałem, częścią iż iak ostrzelany żołnierz mniey zważałem na to, co mię pierwszą razą niezwyczaynie czyniło trwożliwym. Spuściwszy się na Opatrzność, czekałem losu, iaki mię spotka, a w tych prawie myślach z wielkim zadziwieniem obaczyłem się na ziemi, a co osobliwsza bez żadnego szwanku. Nayprzód radość nadzwyczayna napełniła mię, widząc się blisko oyczyzny z tak wielkiemi skarbami; ale potym przypatruiąc się niebu, poznałem, iż ta radość była nadaremna, bom został na Xiężycu, kray tylko odmieniwszy, a nie płanetę.
Łatwo się każdy domyśli, iaki mię smutek ogarnął, zastanowiwszy się nad tym, żem utracił Sielanę i został bez nadziei oglądania oyczyzny. Jeżeli pierwey utyskiwałem na kolegę, że mię sprowadził na Xiężyc, nierównie bardziey172 narzekałem na siebie, żem ten kray utracił, w którym mogłem przepędzić resztę dni moich daleki od wszelkich trosków.
Uspokoiwszy nieco żal w sobie, naypierwsza myśl moia była ukryć w ziemi złoto i drogie kamienie, kilka tylko bryłek biorąc do kieszeni. Zachowawszy skarby i balon móy, z żywnością udałem się w tę stronę, gdzie mi się zdawało iakobym słyszał łoskot koni i wozów. W samey rzeczy, wszedłszy na wzgórek, obaczyłem wielki gościniec i pełno wozów tam i nazad idących. Przystępuiąc bliżey, ośmieliłem się spytać, iak się ten kray nazywał? a gdy mię nikt nie zrozumiał173, udałem się daley w tę stronę, gdzie się schodziły drogi, maiąc przez cały czas oczy tam wlepione, gdziem skarby moie zachował.
Mimo roztargnienia, w którym zostawałem, myśląc o moim stanie, dziwiłem się pogladaiąc częścią na pola, które miały urodzaie bardzo mizerne, częścią na lud mieszkaiący w nikczemnych chatach, którego postać wybladła oznaczała nędzę, a powierzchowność sama okazywała niewolą174 i zgłupiały umysł.
Uszedłszy blisko pół mili, postrzegłem miasto, którego okolice i położenie zdawały mi się być podobne do naszey Warszawy. Zdziwiony częścią przeciwieństwem, które widziałem przez pomieszanie nędzy z okazałością w mieszkańcach kraiu tego, częścią wielkim podobieństwem do moiey oyczyzny, udałem się iak nayspieszniey do miasta.
Zgiełk i zamieszanie, które obaczyłem wchodząc, tak mię odurzyły, że długo przyiść do siebie nie mogłem z zadziwienia, patrząc na różne narzędzia, które ludzie i konie ruszały. Jedni na nich siedzieli, drudzy za niemi; ci coś nieśli, tamtych niesiono, ieden ciągnął, drugi pchał, ten bił, tamten krzyczał, ów uciekał, drugi za nim gonił. Szedłem z boiaźnią, aby mię nie roztratowano, oglądaiąc się na wszystkie strony i za każdym prawie krokiem albo szturkniony175 byłem od przechodzących, albo uciekać musiałem przed karetami i końmi w czwał176 idącemi177.
Momenta178, które miałem wolne od boiaźni, aby mię nie roztrącono, obracałem na przypatrywanie się miastu i domom pięknieyszym. Ale mimo okazałości to mię dziwiło, iż rzadko się widzieć dał dom iaki, który by nie był okopcony od dymu, a każdy (iakem się potym179 dowiedział) miał tę niewygodę, która iest prawie powszechną w Warszawie, iż trudno o kominek, aby nie dymił. Mieszkańcy miasta tego, żyiąc inszym sposobem iak obywatele Sielany, przez ciekawość, którą pospolicie miewaią ludzie w próżnowaniu żyiący, zbiegać się zewsząd poczęli i wkoło mię obstępować, dziwuiąc się ubiorowi, który miałem na sobie. To mię przymusiło, abym daley nie szedł i szukał dla siebie domu, w którym bym odpoczął po podróży. Gdym chciał wniyść do iednego domu, usłyszałem głos w polskim ięzyku witaiący mię po jmieniu moim. Obróciłem się w tę stronę i z wielkim podziwieniem obaczyłem mego kolegę. Po uściskaniu wzaiemnym i oświadczeniu wspólney radości, iaka bydź180 mogła w sercu osób zostaiących w podobney przygodzie, spytałem się go, iakim przypadkiem dostał się w te strony i iak się nazywa kray ten i miasto, dokąd nas obydwóch los i osobliwsze zdarzenie sprowadziło. Opowiedział mi w krótkości, iako uleciawszy w balonie z Magaty doznał różnych przypadków, które przyobiecawszy dokładniey mi opowiedzieć powolnego181 czasu, uspokoił po części ciekawość względem wiadomości o kraiu. Dowiedziałem się, iż to państwo nazywa się Wabad, iż miasto, w którym naówczas byliśmy, zowie się Modol i że mieszkańcy kraiu tego tak iak my, Ziemianie, kochaią się w bogactwach, a przenosząc nade wszystko złoto, nie znaią oszczędności, pracy i innych przymiotów, któremi się zaszczycaią Sielanie.
Ucieszony, żem się dostał do takiego kraiu, gdzie skarby, które wywiozłem z Sielany, nie były próżnym ciężarem, uczyniłem nadzieię przyszłego szczęścia koledze memu i pokazawszy mu to złoto, które miałem przy sobie, prosiłem go, aby mi opatrzył dom iaki, gdzie bym mógł odpocząć po fatydze z podróży. Kolega, od roku iuż bawiąc się w Modolu, umiał iakokolwiek182 ięzyk i znał zwyczaie kraiowe; opatrzył dla mnie mieysce, zamienił złoto za dwieście sześćdziesiąt gubolow, co uczyni na naszą monetę trzysta dwanaście czerwonych złotych, i był przewodnikiem moim w nieznaiomym kraiu.