— Już nie mam nic do powiedzenia więcej — rzecze Dorota — chyba to tylko, że na koniec szczęśliwy los zdarzył mi spotkać rycerza Don Kichota, który, jestem pewna, powróci mnie na tron mych przodków, zwyciężając zdrajcę Pandafilanda posępnookiego. Zapomniałam wam dodać jeszcze, że król Tinacrio zostawił mi papier napisany po grecku, czy też po arabsku, którego czytać nie umiem, a w którym rozkazuje mi wyraźnie, abym, jeśli rycerz, przywróciwszy mnie na tron, zażąda mojej ręki, bez żadnej wymówki zezwoliła na to natychmiast i ofiarowała mu państwo i osobę moją.
— I cóż ty na to, przyjacielu Sancho, hę? — rzecze Don Kichot — słyszysz, co to się dzieje? a wiele ci to ja razy mówiłem? Widzisz sam teraz, czy nie mamy królestw na nasze rozkazy i królewien, co się nam w małżeństwo oddają?
— Ba! — rzecze Sancho — aleśmy też wyczekali się na nie i twardo je wysłużyli. Huncwotem będzie, kto nie pośpieszy zatłuc na śmierć wielmożnego Panta-Tichado i nie zaślubi natychmiast panienki księżniczki! Alboż nie jest dosyć piękną? He! he! chciałbym, żeby wszystkie pchły w moim łóżku były do niej podobne — kończąc te piękne uwagi, szanowny giermek podskoczył dwa razy i uderzył się piętami na znak radości. Następnie, ukląkłszy przed Dorotą, błagał ją, aby mu rękę ucałować pozwoliła na dowód, że uznaje ją odtąd za panią i królową swoją. Trzeba było być takim wariatem, jak pan i sługa, ażeby nie pękać ze śmiechu z prostoty pierwszego i szaleństwa drugiego. Dorota podała rękę do pocałowania Sanchy i przyrzekła go zrobić wielkim panem w swoim królestwie, skoro tylko doń powróci. Sancho podziękował, palnąwszy komplement tak straszliwy, że wszyscy śmiać się zaczęli.
— Oto jest — rzecze, uspokoiwszy się, Dorota — cała historia moich nieszczęść, pozostaje mi tylko jeszcze dodać, że ze wszystkich, którzy opuścili ze mną królestwo; aby mi służyć, tylko ten jeden brodaty giermek mi pozostał, reszta zginęła podczas wielkiej burzy w porcie. Tylko my dwoje ocaleliśmy, płynąc na desce, i ta okoliczność utwierdza mnie w mniemaniu, że niebo zachowuje dla mnie dni pomyślniejsze.
— Dni te już nadeszły, najdostojniejsza damo — rzecze Don Kichot — potwierdzam dane wam przyrzeczenie i na nowo przysięgam iść za tobą choćby na koniec świata i nie opuścić cię, dopóki twemu okrutnemu nieprzyjacielowi, przy pomocy niebios i dzielności mego ramienia, dumna głowa z karku nie zleci. A to stać się musi, choćby był waleczniejszym od samego Marsa103; kiedy zaś przywrócę ci państwo twoje, księżniczko, wolność rozporządzenia swoją osobą pozostanie przy tobie, gdyż co do mnie, dopóki wolność moja poddana będzie prawom tej... nie mogę powiedzieć nic więcej... dopóty niepodobna mi jest żenić się choćby z samym nawet feniksem.
Sancho Pansa, słuchając bacznie odpowiedzi swego pana, tak był zasmucony ostatnimi jego słowy, iż nie mógł wstrzymać się od okazania mu swego zmartwienia.
— Niechaj nie doczekam ostatniej godziny! — zawołał — wielmożny Don Kichocie, co też wy mówicie, musieliście już zupełnie stracić rozum! Jak mi Bóg miły! czyż podobna wahać się jeszcze w przyjęciu ręki tej wielkiej księżniczki? Cóż wam się dzieje? a toć to samo szczęście w ręce wam lezie! Kawał świata człek schodzi, nim mu się tak dogodzi! bo to takie skarby, to nie przy lada krzaku na drodze napotkać podobna. Może ta wasza Dulcynea piękniejsza, co? Patrzcie ją, koczkodan! ani jej wodę nawet nosić za naszą piękną księżniczką. Jakże ja się wreszcie dochrapię owego hrabstwa, które mi po tylekroć przyrzekaliście? Drzeć łyko, póki można. Pieczone gołąbki same idą do gąbki. Do wszystkich czartów, co tu mitrężyć! Nie ma żartu! żeń się, panie rycerzu i basta, łap królestwo, kiedy ci samo na nos spada, a jak pan zostaniesz królem, zrób mnie zaraz grafem albo markizem, zresztą już się nie pytam, niechaj je tam diabli biorą!
Do żywego dobodły Don Kichota bluźnierstwa Sanchy przeciw pannie Dulcynei. Uniesiony skrytym gniewem, podniósł dzidę w milczeniu i palnął nią tak silnie w głowę biednego giermka, że powalił go od razu na ziemię i gdyby go Dorota nie wstrzymała, zabiłby pewnie Sanchę, w tak straszną wpadł wściekłość.
— Co ty sobie myślisz, nędzny chłopie? — zawołał — czy ja to zawsze mam znosić twoje zuchwalstwa i przebaczać ci wszystko? Tak to myślisz, opętana bestio, opętana niezawodnie, bo ośmieliłeś się otworzyć usta przeciwko nieporównanej Dulcynei? Nie wiesz więc, zbóju, że ona użycza mi waleczności i siły, że bez niej nie zdolny byłbym zwalczyć dziecka nawet? Gadajże mi zaraz, smoczy pysku, co ty sobie myślisz? Kto zdobył królestwo, kto ściął łeb olbrzymowi i kto cię zrobił markizem (bo ja to wszystko mam już za dokonane), jeżeli nie męstwo samej Dulcynei, która używa tylko mego ramienia do swoich wielkich czynów? To ona walczy we mnie! ona odnosi moje zwycięstwa, a ja znów żyję i oddycham w niej tylko i od niej to mam życie i moc! Podły, jaszczurczy języku, jakże niewdzięczny jesteś! Dopiero co wyniosłem cię z prochu na stopień wielkiego pana, a ty w ślepym uniesieniu ośmielasz się szkalować tych, którzy cię dobrodziejstwami obsypali.
Sancho, mimo bólu i strachu, słyszał jednakże wszystko, co pan mówił, lecz nie zaraz mu odpowiedział, bo chciał sobie zapewnić bezpieczniejszą na wszelki wypadek pozycję. Podniósł się więc, jak mógł najśpieszniej i stanąwszy za mułem księżniczki, tak się odezwał do Don Kichota: