— Prawdziwie nie wiem, co bym zrobiła — odpowie młoda dziewczyna — lecz to pewna, że są panny tak okrutne, iż biedni rycerze nazywać je aż muszą lwicami i jeszcze gorzej jakoś; nie pojmuję doprawdy, skąd się te panny biorą, co nie mając honoru i sumienia, pozwalają umierać lub szaleć swoim kochankom; bo i na cóż te ceremonie? jeżeli je robią przez skromność, to lepiej niech idą zaraz za mąż za rycerzy, którzy tylko tego pragną.

— Milcz, mała — rzecze matka — za mądra jesteś; dziewczyna w twoim wieku nie powinna mieć takiego rozumu i paplać tak wiele.

— Ależ moja matko — odpowie dziewczynka — skoro ten pan pyta mnie, muszę mu przecie odpowiedzieć.

Proboszcz, dowiedziawszy się od gospodarza, że posiada rycerskie romanse zachowane w skrzyni, chciał je zobaczyć, do czego uprzejmy gospodarz chętnie się przychylił i wkrótce powrócił, niosąc stary tłumok, z którego wyciągnął trzy wielkie księgi i kilka manuskryptów. Proboszcz wziął książki; pierwsza z nich miała tytuł: Don Cirongillo z Tracji, druga Don Feliks-Mars z Hirkanii, a ostatnia historia wielkiego i sławnego wodza Gonzalva Hernandeza z Kordoby, razem z życiorysem Diega Garcii de Paredes.

Jak tylko proboszcz zobaczył dwie pierwsze, rzecze, spoglądając na cyrulika:

— Bracie, brakuje nam tylko ochmistrzyni i siostrzenicy Don Kichota.

— Obejdzie się bez nich — odpowie cyrulik — obejdzie, sam je wyrzucę przez okno, a właśnie i dobry ogień pali się na kominku.

— Jak to? panowie — krzyknął gospodarz — chcecie mi spalić te książki?

— Tylko dwie — odpowie proboszcz — tylko Don Cirongilla i Feliksa Marsa.

— Alboż są etyczne, że je na ogień skazujecie?...