Usłyszawszy głos ten, rozkochany rycerz zwrócił głowę, a widząc przy księżycu, że ktoś woła na niego z dymnika na strychu, (który wziął już co najmniej za okno złotą warowne kratą, a zwykle o zamkach wyobraźnię jego napełniających) wyobraził sobie natychmiast, że to być musi córka pana zamku, miłością ku niemu płonąca, i że oceniając tak wielkie zasługi, błaga go, żeby położył kres swemu męczeństwu. Opanowany tym urojeniem, a nie chcąc się wydać dzikim i niegrzecznym, podszedł do okna i widząc w nim dwie młodziuchne twarzyczki.
— O niestety! — zawołał — jakże boleję, nadobna dziewico, żeś nieszczęśliwie skierowała uczucia sercem twoim władnące; nie przypisuj w tym winy biednemu rycerzowi błędnemu, że nie jest już panem swojej woli i że miłość przykuła go na wieki od chwili, jak inna dziewica stała się wszechwładną panią jego duszy. Wybacz mi, błagam cię raz jeszcze o piękna! to, co nie z mojej winy pochodzi! wróć, proszę, do swej komnaty i nie powiększaj niewdzięczności mojej łask swoich szczodrobliwością. Ale jeżeli za miłość, którą ku mnie pałasz, czego innego ode mnie zażądasz niż miłości, rzeknij tylko, a przysięgam na cudne oczy słodkiej tyranki, której jestem niewolnikiem, że wypełnię natychmiast wszystko, czego zażądasz, choćbyś zachciała splotu włosów straszliwej głowy Meduzy, złotego runa albo promieni słońca samego.
— Nie tego żąda od ciebie, mości rycerzu, pani moja.
— A czegóż żąda pani twoja, cna powiernico? — rzecze Don Kichot.
— Żąda tylko, żebyś jej choć podał piękną rękę swoją — mówiła Maritorna, a tym sposobem choć w części ugasił płomień serca, co ją tu do tej strzelnicy przywiódł mimo tylu niebezpieczeństw, mimo narażania się na straszny gniew dostojnego ojca, który, gdyby się o tym dowiedział, na drobne kawałeczki by ją posiekał.
— O! nie doczekałby tego — zawołał Don Kichot — uchowaj go Panie, żeby śmiał coś podobnego nawet pomyśleć, jeżeli nie chce zginąć najstraszniejszą i najhaniebniejszą śmiercią, jaką kiedy bądź zginął zbyt surowy ojciec, co ważył się podnieść zuchwałą rękę na pieszczone członki córki zakochanej.
Maritorna, nie wątpiąc, iż Don Kichot po tak uroczystym zaklęciu poda rękę i myśląc o swojej psocie, pobiegła co żywo po postronek z uździenicy Sanchowego osła i wnet wróciwszy, zastała wytwornego rycerza, juk stał już nogami na kulbace swego rumaka, wyciągając się jak długi, żeby dosięgnąć okna, z którego wyglądała dziewica, zachwycona jego rycerskimi przymioty i ujmującą postawą.
Wyprężył rękę z sił całych i uprzejmie przemówił:
— Oto masz, pani, rękę, której żądałaś, masz, podaję ci tę krwawą plagę na niegodziwych, co świat niecnymi burzą gwałtami; podaję ci, powtarzam, tę rękę, której dotąd żadna niewiasta nie miała szczęścia dotknąć, nawet ta, co samowładnie ciałem moim i duszą włada. Podaję ci ją nie dlatego, ażebyś ją ucałowała, ale dlatego, ażebyś przypatrzyła się jej nerwom, zwięzłości i krzepkości muskułów, potędze żył i ze składu tej dłoni wnieść mogła, jakie musi być ramię, do którego ona należy.
— Zobaczymy to zaraz — rzecze Maritorna i zadzierzgnąwszy jeden koniec powroza za rygiel u drzwi, drugi zarzuciła na rękę Don Kichota. Kawaler nasz, uczuwszy szorstkość grubego powroza, który mu ścisnął dłoń jak w kleszczach, nie wiedział, co począć. Ale ułagodziwszy się natychmiast: