Jak rozporządził, tak się stało. Dzień już był dobry, Don Kichot swoimi krzykami rozbudził gości, wszyscy zabierali się do wstawania, a mianowicie Dorota i młodziuchna Klara, bo obydwu pilno było: jednej, że tak blisko niej znajduje się kochanek, drugiej, że go widzieć koniecznie pragnęła.

Don Kichot tymczasem widząc, że przybysze nic sobie z niego nie robią i że ani spojrzeć nawet na niego nie raczą, wpadł w złość tak wielką, że, gdyby nie honor kawalerski, zmuszający go do dotrzymania słowa, którym się związał, byłby się niezawodnie rzucił na wszystkich czterech razem i zmusił ich do dotrzymania mu placu. Ale nie mogąc nic poczynać, dopóki nie powróci na tron księżniczki Mikomikon, rad nie rad musiał się zdobyć na cierpliwość. Patrzył sobie spokojnie na obroty przybyłych zbrojnych, z których jeden, znalazłszy szukanego młodziana, śpiącego obok jakiegoś mulnika, schwycił go za ramię i strofował tymi słowy:

— A, do stu piorunów! prześwietny Don Ludwiku, ślicznieś się wystroił, prawdziwie godne to ciebie ubranie, a łoże, na którym noc przebyłeś, w sam raz odpowiada wytwornemu twemu wychowaniu.

Młodzian dobrze jeszcze zaspany, przecierał sobie oczy, a przypatrzywszy się należycie ciągnącemu go drabowi, poznał w nim jednego ze sług ojcowskich; tak się tym zmieszał i zdziwił, że długo ani słowa nie wymówił.

— Don Ludwiku — mówił dalej sługa — nie ma co robić, musisz się nam poddać i wrócić z nami do ojca, jeżeli go do grobu wpędzić nie chcesz; tak go utraktowałeś tą ucieczką, że mało już do tego brakowało.

— Jak to — odpowiedział Don Ludwik — a skądże ojciec się dowiedział, że poszedłem tą drogą i tak się przebrałem?

— Student, któremuś się zwierzył, widząc tak wielki smutek pana naszego a ojca twego, wyjawił mu wszystko. Pan natychmiast wysłał w pogoń nas czterech, jak widzisz, i Bóg łaskaw, żeśmy cię szczęśliwie znaleźli i niebawem będziemy mogli wrócić ojcu, który cię tak kocha.

— O, nie tak bardzo! — zuchwale odpowie Don Ludwik — zrobię, co mi się podoba.

— A cóż tu panicza tak zatrzymywać może — rzecze sługa — że wrócić nie chce, choć ojciec w takiej rozpaczy?

Mulnik, który obok Don Ludwika spoczywał, wysłuchawszy całej tej rozmowy, doniósł o tym wypadku Don Fernandowi i innym, którzy byli już ubrani, mówiąc im, że służący tytułował młodego człowieka z uniżonością i że mimo jego woli, chciał koniecznie zabrać go z sobą. Okoliczności te i piękny głos młodziana, o którym wszyscy wiedzieli, tak żywym całe towarzystwo przejął współczuciem, że nieodbicie chciano się dowiedzieć, kto on jest i dać mu pomoc, gdyby gwałtownie z nim postąpić chciano. W tym celu wszyscy zeszli do stajni, gdzie zastali młodziana, sprzeczającego się jeszcze ze zbrojnym posłańcem. Dorota wyszła także z pokoju i spotkawszy Kardenia, opowiedziała mu prędko, co wiedziała o Klarze i śpiewaku, a on jej za to doniósł, co zaszło między Ludwikiem a ludźmi jego ojca. Klara, idąc za Dorotą, podsłuchała całe opowiadanie Kardenia i tak się nim przeraziła, że mało co nie padła na wznak, ale Dorota ją wstrzymała i odprowadziła do pokoju, a Kardenio przyrzekł jej solennie, że wszystkiemu zaradzi.