— O ty, istoto nieznana, co mi tak wielkie przepowiadasz rzeczy, błagam cię, uproś ode mnie czarnoksiężnika, co losami mymi kieruje, żeby mi nie dozwolił zginąć w tym haniebnym więzieniu, nim się spełnią obietnice twoje. Cieszyć się będę z ciężkiej niewoli swojej, jeżeli się tak stanie, a to twarde i ciasne pomieszczenie swoje poczytam sobie za mękę i słodkie łoże małżeńskie. Dziękuję ci z całego serca za pociechy, których tak uprzejmie udzieliłeś giermkowi mojemu Sancho Pansa; tak mocno ufam wierności i przywiązaniu jego, iż pewien jestem, że mnie nie opuści w złej doli, jak mi towarzyszył w szczęściu, bo choćbym nie był w możności dać mu wyspy przyobiecanej i dotrzymać innych ważnych przyrzeczeń, to zawsze mieć będzie zasługi regularnie wypłacone, bo w testamencie zastrzegłem, żeby mu wyliczono, co mu przeznaczam, choć to, zaiste, bardzo mało w porównaniu z wielkością usług jego, w każdym razie jest to bardzo wiele stosunkowo do teraźniejszego majątku mojego.
Sancho Pansa, rozczulony dobrocią pana, skłonił się nisko i pocałował go w obie ręce, bo jednej z powodu związania nie mógł osobno do ust donieść. Tejże samej chwili duchy postawiły klatkę na wóz.
Rozdział XIX
W którym opisuje się rozmaite rzeczy.
Don Kichot, rozmyślając nad dziwacznym zamknięciem swoim i wcale niemiłą podróżą, mówił do siebie:
— Czytałem wiele historii o błędnych rycerzach, ale nigdy w życiu nie zdarzyło mi się widzieć, czytać, ani słyszeć, żeby tak nędznie i powolnie zaczarowanych rycerzy przewożono. Zwyczajnie porywano ich w powietrze, ciemną osłaniano chmurą lub sadzano na wóz ognisty hipogryfa lub innego podobnego potwora, a mnie wiozą takim woziskiem i wołami. Ach! umieram ze wstydu, ale może teraźniejsza rycerskość i dzisiejsze zaczarowania nie trzymają się prawd dawnych, może dla mnie wynaleziono nowe sposoby czarów i przewożenia dlatego, że jestem teraz jedynym rycerzem błędnym na świecie i żem pierwszy wskrzesił zapomniany ten zakon. Jak tobie się też zdaje, mój przyjacielu, Sancho?
— Mnie się nic nie zdaje — odpowiedział Sancho — bo ja nie czytałem tyle, co wy, panie, tych pism błędnych, ale mimo to przysiągłbym, że te wszystkie mary, otaczające nas, nie są bardzo katolickie.
— Miły Boże! cóż ty gadasz? — odrzecze Don Kichot — jakże mają być takimi, kiedy to są przecież duchy, w fantastyczne ciała poprzedzierzgane, żeby mnie w ten smutny stan wprawić, a jeżeli się sam chcesz o tym przekonać, to tylko ich dotknij, Sancho, złap je ręką, a obaczysz, że to są istoty powietrzne, żadnego ciała niemające, a kształty ich są złudzeniem.
— Przyznam się, wielmożny panie — odpowiedział Sancho — żem ja już łapał je ręką i przekonałem się, że te diabły, co cię tak turbują, mają ciało jak się należy i wcale nie żywią się wiatrem, a co więcej, nie słychać ich ani siarką, ani innymi plugastwami, tylko pachną piżmem i wonnościami, że aż w nos bije.
Sancho stosował to głównie do Don Fernanda, który, będąc wielkim panem i wielkim elegantem, lubił się zapewne perfumować.