— A przynajmniej, proszę panów — rzecze pasterz — to pewna, że nie brak tam ludzi z doświadczeniem i zdrowym rozumem. Gdybym tylko nie bał się państwa znudzić, tobym opowiedział małą historyjkę na dowód tego, co wyrzekł ksiądz dobrodziej i ja za nim.

— Mój przyjacielu — odezwie się Don Kichot, zabierając głos za całe towarzystwo — widzę, że powieść twoja mieć będzie jakiś związek z błędnym rycerstwem, słuchać cię więc będę z całego serca i jestem pewien, że ci panowie także, bo lubią rzeczy ciekawe i nowe. Zaczynaj więc, mój bracie, wszyscyśmy do słuchania gotowi.

Pasterz poklepał kozę po grzbiecie, mówiąc jej:

— Połóż się przy mnie srokatko, połóż; poczekaj, zaraz wrócimy do trzódki.

Koza, jakby rozumiała pana, wyciągnęła się jak długa u nóg jego, a patrząc mu bystro w oczy, zdawało się, że czeka, aż zacznie. On też zaczął w ten sposób:

Rozdział XXIII

Zawierający opowiadanie pasterza.

— O trzy mile od tej doliny, w jednej z najbogatszych wsi całej okolicy, żył poczciwy kmieć, kochany i szanowany przez wszystkich sąsiadów nie tyle dla swojego bogactwa, ile dla uczciwości i dobrego postępowania. Ale on uważał się więcej szczęśliwym z posiadania roztropnej i bardzo pięknej córki, niż z całego swojego mienia. Nie miała ona jeszcze szesnastu lat, a odgłos o jej dziwnej urodzie rozszedł się nie tylko po sąsiednich siołach, ale i do najodleglejszych dochodził okolic, co pobudziło do takiej ciekawości, że z dalekich nawet stron zbiegano się, ażeby ją zobaczyć jako cud piękności. Ojciec strzegł jej jakby oka w głowie, a ona żyła cnotliwie i skromnie. Toteż mnóstwo młodych ludzi ze wsi i z okolicy zwabionych zamożnością ojca, wdziękami córki, a nade wszystko dobrą ich obojga sławą, przybiegło w zaloty i żądając wszyscy jej ręki, kaduczny ojcu sprawiali kłopot w wyborze męża.

W liczbie wielbicieli ja byłem może jeden, który mogłem się spodziewać przychylnego skutku; z tej samej wsi, nadto dobrze znany ojcu. który wiedział, że pochodzę z rodziców najmniejszą nieskażonych plamką, znał mój majątek, wiek, a do tego mówiono w całej okolicy, że mi nie zbywa na rozsądku. Wszystko przemawiało za mną, ale znalazł się drugi parobczak z tej samej włości, imieniem Anzelm, którego wszyscy bardzo chwalili i on także myślał o Leandrze (tak było na imię dziewczynie); poczciwy ojciec nie wiedział, któremu z nas dać pierwszeństwo; obu nas zarówno cenił i nie mogąc się ku żadnemu przechylić, wybór między nami całkowicie zostawił córce; chodziło mu także i oto, ażeby własnym wyborem skłonności jej serca nie urazić. Nie wiem, co odpowiedziała Leandra, ale od owego czasu ojciec jej tak się zręcznie z nami obydwoma wywijał, tak nam często powtarzał, że córka jeszcze za młoda, iż obu nas trzymał z daleka, ani przyciągając, ani odpychając. Kiedy nas wodził w ten sposób, przybył do wioski niejaki Wincenty Róża, syn ubogiego wieśniaka z tej samej osady. Kapitan wojsk królewskich, przechodząc tędy ze swoją kompanią, zwerbował go do żołnierzy kiedy miał lat dwanaście; po upływie drugich lat dwunastu, nawłóczywszy się po Włoszech i po innych dalekich krajach, wrócił do nas ów Wincenty, wystrojony po wojskowemu, upstrzony w różnobarwne płatki, jakby jaki Indianin, i mnóstwem fatałaszek szychowych i świecących poobwieszany. Dzień w dzień inaczej się przebierał; dziś brał na siebie jedno ubranie, jutro znów inne, a wszystkie niewiele były warte; na wsi zwyczajnie, jak na wsi, każdy lubi drugiemu przypiąć łatkę, a że to i roboty nie ma wiele i język świerzbi do złego, wszyscy więc przypatrywali się tej jego elegancji i w końcu przekonali się, że całej parady ma tylko trzy ubrania z odmiennych materii, licząc w to spodnie, podwiązki i resztę przyborów, wszystko trochę podszarzane, tak sobie od biedy, ale umiał tym rupieciem tak jakoś kręcić, przeplatać i mydlić ludziom oczy, że każdy by przysiągł, iż ma ich po dziesięć sztuk przynajmniej. Nie dziwcie się, państwo, że wam o tych fraszkach mówię, obaczycie później, że nie bez przyczyny o nich wspomnieć musiałem. Wojak nasz zwykle siadał na ławeczce pod rozłożystym wiązem, pośrodku wsi stojącym, i rozpowiadał tam swoje przygody, przechwalając się walecznością i czynami swoimi. Nie ma kąta na świecie, ażeby w nim nie był, nie ma batalii, ażeby do niej nie należał; własną ręką nawybijał Maurów więcej, niż ich żyje w Maroko i Tunisie; Gante, Luna, Diego de Garcia de Paredes i tysiące innych głośnych wojowników, których z imienia i nazwiska wymieniał, nie odbyli tylu bitew, co on, a zawsze zwycięsko i tak szczęśliwie z nich wychodził, że ani kropelki krwi nie uronił. Rozpowiedziawszy nam tak walne wyprawy, pokazywał niby to blizny, których nikt dojrzeć nie mógł, i kazał nam wierzyć, że je od kul muszkietowych w rozmaitych potyczkach otrzymał. Ażeby go już całkiem odmalować, muszę i to powiedzieć, że był tak dumny i taki ton sobie nadawał, iż każdego od razu tykał jeśli był równy, a z ludźmi od siebie stateczniejszymi za pan brat sobie poczynał; mawiał także, że oręż był mu ojcem, a czyny rodowitość mu dały, że jako żołnierz nikogo wyższym na świecie nie uznaje. Przy całej tej chełpliwości fanfaronik ten umiał trochę śpiewać, brzdąkał niby to na gitarze, o której opowiadał, że ją dostał od jakiejś księżniczki, i tymi sposoby tumanił głupców tak, że go za dziwowisko świata poczytywali i bawił wszystkich mieszkańców wioski. I więcej jeszcze talentów miała ta lala: był nadto poetą i z najbzdurniejszego wydarzenia w okolicy składał wierszami sążniste piosenki. Tego to wojaka, tego Wincentego Różę, trefionego gacha i junaka, obaczyła przez okno Leandra. Świecidełka w oko jej wpadły, piosenki, które na wiele rąk rozpisywał i szczodrze rozdawał, zawróciły jej głowę i opowiadania bohaterskich czynów, którymi szafował w wojnie, zachwycały ją, słowem, podobał jej się paliwoda; diabeł się wdał jakoś i zakochała się na zabój, nim jeszcze sam ośmielił jej się miłość swoją oświadczyć. W miłości wszystko piorunem idzie, nikt się z nas jeszcze nie spostrzegł, a Leandra z Wincentym na piękne się już kochali i tak mądrze rzecz prowadzili, że nietrudno im było dokonać, co sobie zamierzyli. Leandra jednego dnia uciekła od ojca, który ją kochał nad życie, i poszła za człowiekiem, którego prawie nie znała; a Wincenty Róża pewno był szczęśliwszy w tej wyprawie, niż w tych wszystkich, z których się tak chełpił. Wszystkich zadziwiła rzecz tak niesłychana, ojczysko się zmartwił śmiertelnie, a my z Anzelmem z rozpaczy ledwośmy nie pomarli.

Krewni tymczasem, strasznie oburzeni, poszli ze skargą do sądu i wysłano natychmiast w pogoń strażników, którzy obsadzili wszystkie wąwozy, wszystkie drożyny w lasach, a że dobrze byli zapłaceni, tak się uwinęli, że we trzy dni znaleźli Leandrę w jaskini w jednej tylko koszuli i obraną zupełnie ze złota i klejnotów, które od ojca zabrała. Przyprowadzili biedaczkę do ojca; wyznała, że Wincenty Róża zwiódł ją, obiecując się ożenić, i namówił, żeby jechała z nim do Neapolu, gdzie, jak powiadał, wielkie ma stosunki; tym sposobem niegodziwiec ten, kazawszy jej zabrać wszystkie kosztowności i klejnoty, wyprowadził łatwowierną w góry i tej samej nocy jeszcze, kiedy uciekła, zamknął ją w jaskini tak, jak ją znaleziono, nie żądając nic więcej od niej i żadnego nie zadając gwałtu.