— Pomiarkuj się i nie pleć koszałek-opałek, księże — odparł na to wariat — nie daj się szatanowi mamić, wróć lepiej do ciupy, z której wylazłeś i poczekaj nim wyjdziesz.
— A to dlaczego? — zagadnie licencjat — kiedym już zdrów jak się należy i aż nadto pewien jestem, że nigdy tu wracać nie będę potrzebował.
— Ha! ha! tyś zdrów jak się należy — krzyknie furiat — doskonałyś, bratku, bawisz mnie! ale przysięgam na Jowisza piorunowego, którego żywym obrazem jestem tu na ziemi, że takie cięgi sprawię niegodziwej Sewilli za zbrodnię, którą popełnia, uznając cię za człowieka zdrowych zmysłów i wolność ci wracając, że popamięta karę moją na wieki wieków amen. Wiesz dobrze, mój ty miluchny wikareczku, że mam po temu władzę i potęgę, bo wiesz, że ja jestem wielki Jowisz, że w prawicy dzierżę straszliwe pioruny i w jednym mgnieniu oka, gdy mi się spodoba, świat cały w perzynę obrócić mogę. Ale nie chcę być tak surowy, nie będę tak srogo karcił głupiego ludu tego; poprzestanę na tym, że na miasto, przedmieścia i na wszystkie przyległe im ziemie spuszczę trzyletnią suszę palącą, bez kropli jednej deszczu i to od chwili, w której to mówię, aż do upływu całkowitego terminu, nieodwołalnie i ostatecznie przeze mnie wyznaczonego.
Aha! to ty masz być wolny, wyleczony i mądry, a ja jestem wariat, chory i w ciupie! O! na siarczyste pioruny moje, będziecie wy mieli deszcz, ale chyba jak ja się powieszę!
Wszyscy z wielką uwagą wysłuchali tego dytyrambu wariata, a licencjat, wziąwszy jałmużnika za rękę, rzekł do niego:
— Miłościwy panie, nie lękaj się gróźb tego wariata, bo kiedy on jest Jowiszem i nie chce wam dać deszczu, to ja jestem Neptunem, bogiem i ojcem wszystkich wód świata, a kiedy rozkażę, słuchać mnie muszą i będę wam zsyłał deszcz kiedy mi się spodoba i kiedy tego okaże się potrzeba.
— Ha! ha! mości Neptunie — odparł jałmużnik — toś to ty taki, winszuję! no, ale może lepiej nie drażnić Jowisza, zostań więc jeszcze na czas jakiś w swojej izbie, a my kiedy indziej po ciebie tu przyjdziemy.
Nadzorca szpitala i inni obecni nie mogli się wstrzymać od śmiechu, a jegomość jałmużnik nie wiedział, czy się gniewać o to, czy nie. Koniec końców ściągnięto z licencjata suknie, którymi się pysznił, obleczono go na powrót w kaftan szpitalny i zamknięto jak niepysznego. I oto cała historia.
— Toż to to, co ci tak pilno było opowiedzieć, mości golibrodo — odezwie się Don Kichot — i co niby miało też być tak do rzeczy stosowne? A mości brzytewko, miły mój skrobibrodo! jakaż to bieda, kiedy ślepy zapragnie o kolorach rozprawiać! To ty i tego nie wiesz, mój dobrodzieju, że wszelkie porównania i zastosowania jednych umysłów do drugich, męstwa do męstwa innego, albo piękności, albo rodowitości rozmaitych wiedzy z sobą, zawsze są nieprzyzwoite, nieprzystojne i zawsze psu na budę się nie zdały? Nie udaję się ja za kapłana, mój mości panie, ani za mędrka się nie kwapię uchodzić; chciałbym tylko z całego serca świat przekonać, jak głupio sobie poczyna, że nie myśli o przywróceniu błędnego rycerstwa. Zresztą, co mam w bawełnę obwijać, widzę już, jak na dłoni, że nędzny wiek nasz niegodzien jest posiadać zaszczytów, którymi dawne słynęły wieki, kiedy błędni rycerze stawali w obronie państw, bronili cnót dziewic, wspierali sieroty i wdowy, karcili pysznych, a nagradzali dobrych. Dzisiejsi wojownicy wolą jedwabne i złociste stroiki, niż ciężkie kirysy122 i żelazne koszule. Któż dziś potrafi w pełnym rynsztunku przepędzać noce wśród puszcz i lasów, lub znosić skwary i trzaskające mrozy? Któż dzisiaj, wsparty nieruchomo na spisie, ani drgnąwszy w łęku, umie cierpieć głód, pragnienie, niewywczas123 i wszelkie życia wygody z pogodnym znosić czołem? Gdzież dziś wojownik, co przebywszy dalekie góry i odwieczne lasy, gdy stanie na wybrzeżach morskich, rzuci się śmiało w nędzne czółenko, bez masztu, żagli, wioseł i majtków i puści się nieustraszenie, choć widzi przed sobą wzburzone morze, choć spienione bałwany miotają nim pod niebiosa lub w niezgłębione pogrążają go otchłanie. A rycerz prawdziwy nie lęka się burzy, za nic ma niebezpieczeństwa, rzuca się na oślep, fala go niesie i w mgnienia oka, kiedy ani się spodziewa, wysadza go na brzegi o trzy tysiące mil od miejsca, z którego wypłynął, na brzeg bezludny, nieznany, gdzie kroczy śmiało i dokonywa dzieł tak wielkich i nadzwyczajnych, że chwała ich, na spiżu wyryta, służy potem za wzór i pomnik potomnym wiekom. Widzę ja aż nadto dobrze, że niewieścia miękkość i niecna niedołężność dziś popłacają, to modne teraz przymioty, bezkarnie wynoszące głowę nad znoje, trudy i męską wytrwałość. Prawdziwe męstwo nie ma już żadnej zasługi, nie przynosi chwały; nikt go już nawet odróżnić nie umie od czelnej dzisiejszych junaków nadętości, waleczne zawodzących popisy przy stole i pannach; zniedołężnienie i ciemnota podały w pogardę zacne rycerza rzemiosło, którym zawsze chlubili się i jaśnieli błędni rycerze. Powiedzcież mi, gdzież znajdziecie dzielniejszego i szlachetniejszego młodziana, jak Amadis z Galii? gdzież udatniejszego kawalera jak Palmerin z Oliwy? kto zrówna w słodyczy i uprzejmości Tyrantowi Białemu? Pokażcie mi kawalera układniejszego od Sizwara z Grecji, męża liczniejszymi okrytego bliznami i tęższymi władnącego ciosami jak Don Belianis? waleczniejszego i zuchwalszego nad Periona z Galii? kto mi wymieni tak śmiałego i natarczywego wojownika jak Feliks Mars z Hirkanii, albo serce wznioślejsze i szczersze jak Esplandiana, albo żołnierza tak dzielnego, jak Cirongilio z Francji? Widzieliście kogo dumniejszego odwagą od Radomonta, przezorniejszego i wytrawniejszego od króla Sobrina, żwawszego do czynu od Renauda, albo Rolandowi w boju równego? Czyż są gdzie na świecie tacy, co by ich męstwo i wytworność porównać można z Rogierem, od którego książęta Ferrary ród wiodą, jak o tym świadczy Turpin w Kosmografii? Wszyscy ci mężowie, mój dobrodzieju, i wielkie mnóstwo innych, których bym ci tu jeszcze mógł wyliczyć, byli rycerzami błędnymi, byli świecznikami, gwiazdami wszelkiego rycerstwa i takich to radziłbym królowi jegomości powołać do siebie, jeżeli chce się z Turczynem krótko rozprawić i tak go przepłoszyć, że ani się obejrzy, jak wróci, skąd przyszedł i swoich się nie doliczy. Bajcie sobie, co chcecie, a ja przecież w chałupie siedzieć nie będę, chociażby dobrodziej jałmużnik po mnie nie przyszedł, albo Jowisz, jak waćpan skrobibroda powiada, deszczu poskąpił; ja tam na niego zważać nie myślę, powiadam, że deszcz być musi, jak zechcę, to padać będzie i koniec. Widzisz, mości balwierzu, żem ci trafił w cetno124; masz kiedyś chciał, ażebyś nie myślał, że ja nie wiem, do czego piłeś.
— Jako żywo, mości panie Don Kichocie — odpowie balwierz — ani mi w głowie nie postało czym bądź urazić waszmości; Bogiem się w tym świadczę i nie masz się co waszmość na mnie gniewać.