— No to ci wytłumaczę; to znaczy, że kiedy głowa choruje, to całe ciało boleje i czuje. Rozumiesz teraz? A że, jako pan, jestem głową całego ciała, którego ty część stanowisz jako sługa, więc kiedy mnie się co złego spotka, to i tobie musi się dać we znaki, tak samo znów, jak kiedy ty oberwiesz, to i ja uczuć muszę. Rzecz prosta i jasna.
— A jużciż tak by być powinno — odpowie Sancho — ale kiedy mnie biedną cząstkę ciężko zużywali, podrzucając jak piłkę, to głowa wtedy była het za murami i żadnego nie czując bólu, przypatrywała się sobie, jak ja w powietrzu kozły wywracam, a kiedy części ciała mają cierpieć, skoro głowa cierpi, to by przecież należało, ażeby i głowa powąchała tego, co członkom pachnie.
— A cóż to ty myślisz, Sancho, że mnie to nie bolało krwawo, kiedy ciebie podrzucali w powietrze? Nie mów tego i nie myśl nawet, mój przyjacielu, bądź pewien, że w duchu ja więcej wtedy cierpiałem, niż ty na ciele. Ale dajmy już teraz pokój temu wszystkiemu; kiedy indziej o tym pogadamy i jakoś rzecz ułożymy. A teraz, mój Sancho kochany, powiedz mi też, tylko szczerze, co o mnie gadają w okolicy? co o mnie mówią kmiecie? jak o mnie sądzi szlachta? jak rycerstwo? Co mówią o odwadze, o czynach moich i uprzejmości? i co myślą o moim zamiarze przywrócenia do dawnej świetności zaginionego już prawie błędnego rycerstwa? Słowem, bez żadnego pochlebstwa i ogródki powiedz mi wszystko, coś tylko o tym zasłyszał, nie obwijaj nic w bawełnę, nie dodawaj, ani ujmuj, bo to jest obowiązek wiernego sługi donosić panu wszystko bez żadnego pochlebstwa i oszczędzania, co tylko o nim słyszy. I wiedzieć ci należy, mój Sancho, że gdyby monarchowie od sług swoich całą prawdę słyszeć mogli, gdyby oni rzetelnie i sumiennie, bez przymieszki własnego interesu i innych względów, rzeczy im przedstawiali, to wszędzie błoga panowałaby spokojność, sprawiedliwość i zamożność i wiek ten stałby się wiekiem złotym, jak to bywało przed czasy. Niech ci to służy za naukę, mój Sancho, żeś powinien mi bez ogródki odpowiedzieć na pytanie, które ci zadałem.
— Będę wam posłuszny, wielmożny panie, kiedy taka wola wasza — odpowie Sancho — chętnie to uczynię, ale pan się może na mnie obruszy, jak ja będę wszystko gadał, co uszy moje słyszały.
— Nie lękaj się niczego, zaręczam ci, że gniewać się nie będę, mów wszystko, bez żadnych a żadnych wybiegów.
— Najprzód, wielmożny panie, trzeba wam powiedzieć, że wszyscy mają was za wielkiego głupca i mnie także nie za mądrego. Szlachta powiada, że zadzieracie nosa nad nią i dlatego przyczepiliście sobie Don od frontu nazwiska i że wysforowaliście się na rycerza na dwóch włókach roli, a łachman wisi wam z przodu i z tyłu zamiast sztandaru i powiada, że jesteście stąd odęty, choć zimno w pięty, a chłodno i głodno. Panowie znów, czy tam rycerstwo, jak zwał, tak zwał, byle swoje miał, nie lubią, ażeby się szlachta z nimi bratała, a zwłaszcza też zagonowa, co za zającem ugania się sama z charty, a kubrak ma wytarty, buty sobie w kominie szwarcuje128 sadzami, a białe pończochy zielonymi zszywa niciami.
— Co ty tam prawisz, baju — wtrącił Don Kichot — przecież to się mnie nie tyczy, ja chodzę zawsze dobrze odziany, łat na mnie nikt nie widział, jeżeli się dziura na sukni czasem zdarzy, to od zbroi, nie od starości.
— O odwadze wielmożnego pana, o czynach, uprzejmości i zamysłach jego, to ludzie znów różnie gadają, jak którzy — mówił dalej Sancho. — Jedni powiadają: e! to głupiec, ale zabawny! drudzy znów: mężne ma serce, ale nie ma szczęścia; inni znów: grzeczny jest i uprzejmy, ale wariat; inni znów... ale kto by ich tam spamiętał, na wołowej skórze tego nie spisać, Bóg wie czego już tam nie gadają i o wielmożnym panu i o mnie, że to już nie moja głowa, ażeby to wszystko tak powtórzyć.
— Widzisz Sancho mój kochany — rzecze Don Kichot — zawsze to tak na świecie bywa, że im kto większymi jaśnieje cnotami, tym dokuczliwiej szarpią go i szkalują, złośliwe języki. Żaden z ludzi wielkich nie uszedł pocisków potwarzy. Juliuszowi Cezarowi, co był tak wielkim człowiekiem i wodzem, musiano przecież przypiąć łatkę i znaleźli się tacy, co mu zarzucali skażone, miękkie obyczaje, zbytnią w stroju fanfaronadę i panoszenie się nad innych. Na Aleksandra, którego czyny głośne na wieki zjednały mu przydomek Wielkiego, wygadywali, że lubił pałkę zalewać. Herkulesa, tak znakomitego bohatera, co owych dwunastu dzieł kolosalnych dokonał, oczernili, że się z kobietkami za bardzo zadawał. Na Galaora, brata Amadisa, wynaleźli, że był zadziorny i ze wszystkimi szukał zwady, a na wykwintnego Amadisa szkalowali, że był beksą. Widzisz więc, Sancho mój kochany, kiedy tacy mężowie nie mogli ujść żądła ludzkiej zawiści, to cóż ja mam zważać, co na mnie gadają, Bóg łaskaw jeszcze, że nic gorszego nie wymyślili.
— Ale ba! — na to mu Sancho — ażeby to tyle tylko gadali, ale licha tam!