— O! to prawda, że jak tylko Pan Bóg zechce, to Sancho będzie miał sto wysp, nie jedną — przytwierdził Karasko.

— Panie licencjacie — rzecze Sancho — cóż pan sobie myślisz, albo ja to mało znam takich, co rządzą, a mnie nie warci butów czyścić; a dlatego jasnym państwem ich pasą za każdym słowem i na srebrze im jeść dają.

— No, rządzą, nie rządzą, Bóg to tam jeszcze wie, jak to jest — mądrze powie Karasko — a ci, co rządzą, zawsze przecież coś w głowie mieć muszą.

— Dajmy już nareszcie pokój temu wszystkiemu — odpowie Sancho — co komu od Boga przeznaczono, to go nigdy nie minie, ja się całkiem na wolę Jego oddaję, ale wiecie co panie Karasko, że ja, dalipan, serdecznie się raduję, że ten pan autor naszej historii, tak mnie tam omalował, że się nikt nie nudzi, jak o mnie czyta; ba! ale żeby też tylko poganin był mnie inaczej wystawił, żeby mnie był nie uczciwie, nie po chrześcijańsku namalował, dałbym ja mu, ażby mu się prababka przypomniała, ho! ho! dmuchnąłbym ja mu w ucho, że głuchy by przesłyszał.

— A to byś cudu dokazał — odpowiedział Samson.

— Cudu, czy nie cudu — rzecze Sancho — wszystko mi jedno, a idzie mi o to, żeby każdy swego nosa pilnował i baczył, co ma gadać albo pisać o drugich, żeby nie bajał trzy po trzy, nic do rzeczy, co mu ślina do gęby przyniesie.

— Jednym z ważniejszych błędów tej historii — odezwie się licencjat — jest to, że autor ni stąd, ni zowąd przyczepił tam powieść o ciekawym natrętniku, nie jest ona zła, ani źle napisana, ale nie ma nic wspólnego z dziejami dostojnego Don Kichota.

— A ja bym głowę dał — wtrąci znów Sancho — że ten psubrat wszystkiego tam namieszał, jak grochu z kapustą!

— Widzę teraz — rzecze Don Kichot — że ten autor mojej historii nie jest wcale człowiekiem jak się należy, widać, że to jakiś nieuk i bazgrała, co pisze bez ładu i składu, jak malował Orbancja, ten malarz z Ubeda, którego, gdy się pytano co maluje, odpowiadał: co Bóg da; a jak namalował koguta, to podpisywał pod spodem: to jest kogut. Boję się, ażeby to tak i z moją historią nie było, podobno będzie ona potrzebować wielkich komentarzy.

— O! co to, to nie — odpowie Karasko — nie ma w niej nic ciemnego, największe nieuki rozumieją ją doskonale i teraz już, jak kto widzi chudą szkapę, to zaraz mówi: a, to Rosynant. Ale najchciwiej wczytują się w nią paziowie, u każdego pana wielkiego w przedpokoju o zakład znajdziesz Don Kichota, tylko go jeden położy, już go drugi łapie; wszyscy by go chcieli czytać naraz, bo też, doprawdy, nie ma na świecie książki rozkoszniejszej i najsurowsi pedanci nic jej nie znajdą do zarzucenia, nie ma tam ani jednego słówka zbyt wolnego, ani cienia najmniejszej nieprzyzwoitości.