— Duch kontrawencji — odpowie Sancho — to znaczy duch... taki... to jest... co to ten... no duch... O Boże, kiedy nie wiem... taki duch, co to nie lubi... eh, pan już rozumie dobrze.
— Ale nic a nic cię nie rozumiem — odpowie Don Kichot — jeszcze mniej teraz, niż wprzód.
— A przez Bóg żywy, jeżeli mnie pan jeszcze teraz nie rozumie, to już, przysiągłszy, nie wiem jak mam gadać — rzecze Sancho — to już lepiej skończmy i wcale nie gadajmy, bo ja już lepiej nie potrafię.
— Aha! przecie teraz zgaduję — odpowie Don Kichot — chciałeś powiedzieć, że nie masz ducha kontradykcji140 i że lubisz, kiedy cię kto poinformuje.
— A ja bym gardło dał — rzecze Sancho — że pan mnie tak rozumiał od razu, tylko robisz sobie pan umyślnie taką zabawkę, ażeby mnie mordować i żebym potem głupstwa gadał.
— Właśnie mi też to w głowie — odpowie Don Kichot — dziwak jesteś, Sancho, ale koniec końców, cóż powiada Juana?
— Co powiada Juana? — powtórzył Sancho — powiada, że trzeba, ażebym coś pewnego z panem zrobił, ażebym się zabezpieczył, że słowa z wiatrem ulatują, a papier ludzi przetrzyma, że kto sobie waruje, to potem nie żałuje, a lepszy jeden wróbel w garści, niż dziesięć na gałęzi. A ja powiadam, że kobieca rada zawsze niewielka to rzecz, ale głupi, kto jej nie słucha.
— I ja jestem tego zdania — rzecze Don Kichot — ale mów dalej, mój Sancho, dziś przedziwnie rozprawiasz.
— Powiadam tedy — mówił dalej Sancho — i pan to wiesz lepiej ode mnie, że nie wiemy, kto z brzegu, dziś człek żyje, jutro gnije, śmierć nie wybiera, kto pod ręką, ten lepszy, czy baran, czy jagnię, równo jej przypadnie, śmierć jest głucha, nic nie słucha, z brzegu bierze, czy człeka, czy zwierzę, i godziny dłużej nie pożyjesz, jak ci Bóg przeznaczył, jak zapuka do drzwi, nie ma już rady, próżne modły, jęki, nie zażyjesz zdrady, nie ujdziesz jej ręki; korony, mitry, nic nie pomogą, przynajmniej tak mówią wszyscy, a księża wierzyć każą.
— Wszystko to prawda — rzecze Don Kichot — ale cóż z tego dalej będzie?