— Doprawdy, Sancho, mój przyjacielu, na ten raz chyba ty oślepłeś, a toć to są osły albo oślice, tak na pewno, jak ja jestem Don Kichot, a ty Sancho Pansa; przysiągłbym na to.
— Eh, panie, drwicie sobie ze mnie biednego — rzecze Sancho — otwórzcie dobrze oczy i pójdźcie skłonić się księżniczce, bo oto już nadjeżdża.
I mówiąc to, posunął się ku jadącym wieśniaczkom, zsiadł z wierzchowca i jednego ze zbliżających się osłów chwyciwszy za uzdę, zatrzymał, a upadłszy potem na kolana, zawołał:
— O! kiężniczko! królowo i bogini piękności! niechaj wasza dostojność raczy przebaczyć nieszczęśliwemu rycerzowi temu, waszemu niewolnikowi, który wspaniałą obecnością waszą tak się przeraził, że krew mu w żyłach zastygła i stoi przed wami zimny i wryty jak marmur. Ja jestem Sancho Pansa, jego giermek do usług waszej dostojności; a to jest nędzny włóczęga i rycerz z Manchy, którego inaczej zowią Rycerzem Posępnego Oblicza.
Rozkochany rycerz klęczał także obok Sanchy, kiedy tenże taką mowę wygłaszał, a widząc, że mniemana księżniczka jest sobie prostą chłopką, z tłustą twarzą i nosem zadartym, tak się zafrasował, że ust otworzyć nie śmiał. Wieśniaczki również mocno się zadziwiły, widząc tych ludzi klęczących przed nimi ludzi tak odmiennych od innych, drogę im zastępujących. Ta, co była na przodzie, a którą Sancho zatrzymał, tak się odezwała, krzywiąc się niepoślednio151:
— Czy my wam co winne, moi panowie, że nas zatrzymujecie, idźcie sobie swoją drogą, a nam dajcie pokój, bo nam śpieszno.
— O wielka księżniczko! — odpowie Sancho — Wszechwładna pani Toboso! Czyż wspaniałe serce waszej dostojności zmiękczyć się nie raczy na widok tej kolumny, tej arkady rycerstwa błędnego, u nóg twych leżącej.
— Tere, fere, gadałbyś mu — odezwie się jedna z chłopek — widzita, jak te panowie drwić sobie chcą z wiejskich dziewek, jakby my to nie mieli nosa na gębie, jak inne; ale nie uda wam się sztuka z nami, nie uda, idźcie z Bogiem, a nas w spokoju zostawcie.
— Wstań, Sancho, wstań — smutnie przemówił Don Kichot — widzę, że nieszczęście ciągle mnie prześladuje; niczego już w świecie spodziewać się nie mogę. A ty, żywe słońce ludzkiej piękności, arcytworze niebios, cudzie wieków wszystkich, jedyna pociecho zbolałego serca, co cię uwielbia, chociaż zawistny czarownik dla mnie jednego zakrył nieporównawą piękność twoją, błagam cię jednak, nie przestawaj obdarzać mnie spojrzeniem łaskawym, chyba, że i ja także w twoich oczach zmieniony jestem w jakieś widziadło, ażeby cię wstrętem ku mnie przejąć; widzisz, czcigodna księżniczko, moją pokorę i żarliwość, widzisz, że mimo fortelów wrogów moich, nie przestaję ci ciągle składać sercem hołdów, winnych tak świetnej piękności.
— O to właśnie — odpowiedziała chłopka — my też tu przyszły akuratnie po to, ażeby słuchać takich andrybajów! puszczajcież nas, panowie, puszczajcie, bo my czasu nie mamy.