Zasiedli do stołu i smacznie obiadowali. Don Kichot niezmiernie sobie podobał i nachwalić się nie mógł tej ciszy i spokojności w całym domu panującej, którą sam w sobie porównywał do klasztornej. Jak tylko od stołu wstali, Don Kichot usilnie prosił Don Lorenza, ażeby mu pokazał wiersze, o których mu mówił.

— Nie należę ja do liczby tych, panie — rzecze Lorenzo — co lubią się z utworami swymi popisywać, a udają skromnych i wzdragają się, ażeby ich więcej proszono i nalegano. Chętnie panu przeczytam glosę moją, którą napisałem raczej dla wprawy niż dla jakiego bądź zaszczytu, zobowiążesz mnie pan, gdy powiesz swe zdanie bez żadnej ogródki.

— Jeden z przyjaciół moich, człowiek bardzo rozumny — rzecze Don Kichot — mówił mi kiedyś, że nikomu by nie radził pisać glos, bo to rodzaj trudny, przykry i niewdzięczny; nigdy glosa dokładnie z tekstem się nie zgadza, odbiega często od przedmiotu, a prawidła jej tak są surowe, że nie dozwalają ani zapytań, ani zmiany treści, ani tysiąca rzeczy, dozwolonych w innej poezji.

— Doprawdy, mości Don Kichocie — odpowie Don Lorenzo — dowiaduję się od ciebie wielu rzeczy, które mało komu są znane, wyznaję, żem się tego nie spodziewał, myślałem, że znajdę słabą twoją stronę; zawsze mi się wymykasz wtedy właśnie, kiedym cię najmocniej podchwycić pragnął.

— Jak to wymykam się? nie rozumiem tego — zagadnie Don Kichot.

— Później się lepiej wytłumaczę — rzecze Lorenzo — teraz posłuchaj mojej glosy:

Gdy, co było, znów powróci,

Wtedy zrzeknę się nadziei,

Albo, że czas już nadchodzi,

Tego, co się potem stanie.