— Na uszy mojego osła! — zawoła Sancho — już więcej nic powiedzieć nie można w tym względzie. Poprzestańcie na tym, mój waleczny panie, a ponieważ uczciwe księżysko nie wie, czy istniało kiedykolwiek błędne rycerstwo, należy mu wybaczyć.
— Czy ty nie jesteś czasem ów Sancho Pansa, o którym historia mówi, że ma od pana wyspę obiecaną w zarząd?
— Ten sam, do usług waszej wielebności — odpowie Sancho — i sądzę, że tak dobrze wart jestem rządzić wyspą, jak ktokolwiek inny. O! bo ja jestem z tych, o których powiadają: z jakim przestajesz, takim się stajesz. Chcesz użyć chłodu, idź do ogrodu. Przywiązałem się do dobrego pana, towarzyszę mu w jego wyprawach i powinienem być jego cieniem, a jeśli podoba się Bogu zachować nas przy życiu, to może nie zbraknie królestw i wysp do naszego rozporządzenia.
— Bez wątpienia, nie zbraknie, przyjacielu Sancho — rzecze książę — i przez wzgląd na twoją zasługę i pana twojego chwałę, w tej chwili daruję ci jedną z dziewięciu wysp, które posiadam, a którą chyba nie wzgardzisz.
— Uklęknij, Sancho — rzecze Don Kichot — i ucałuj nogi jego wysokości.
Sancho spełnił polecenie rycerza, a ksiądz, widząc, że jego przestrogi i uwagi na nic się nie przydały, rozgniewany srodze, rzecze:
— Nie pojmuję, jaką przyjemność wasza książęca mość znajduje w tym żarcie. Jakże głupcy nie mają być wariatami, skoro mądrzy protegują ich szaleństwa? Niech wasza wielkość cieszy się towarzystwem obłąkanych, co do mnie, oddalam się i nie powrócę tu dopóty, dopóki gościć będą błędni rycerze...
To rzekłszy, odszedł, mimo usilnych próśb gospodyni.
Książę ubawił się nadzwyczajnie gniewem księdza i uśmiawszy się do woli, rzecze:
— Panie Rycerzu Lwa, tak dobrze broniłeś swej sprawy, że pomściłeś zupełnie zniewagę, wyrządzoną ci przez księdza.