Na koniec mała Sancha skacząc, tańcząc w ciągłych susach, biegnąc, przybyła do domu, a z daleka jeszcze wołać poczęła:
— Wychodź, matko! wychodź! Jest tu jakiś pan, który przynosi list od ojca i wiele innych rzeczy, z których ucieszysz się bardzo.
Na krzyk córki Teresa wyszła z wrzecionem, ubrana w tak krótką spódnicę, że połowy łydek jej nie zakrywała. Była to kobieta lat około czterdziestu, lecz silna, rzeźwa i zuchowatej miny.
— Cóż to jest, Sancha? — zapyta córki — i gdzież jest ten pan?
Paź z uszanowaniem przykląkł na jedno kolano i rzekł:
— Jestem najniższym sługą pani Teresy Pansa, dozwólże mi, zacna damo, ucałować wasze ręce, jako prawej małżonki jego wysokości Don Sancho Pansy, najwyższego gubernatora wyspy Barataria.
— I fe! do czego się to przydało! wstawaj pan, proszę cię — rzecze Teresa — nie jestem wcale żadną damą, każdy wie, że jestem prostą wieśniaczką, córką Karola i żoną giermka błędnego rycerza, a nie żadnego gubernatora.
— Wasza wielmożność — odpowie paź — jesteś jednakże małżonką znakomitego gubernatora i na dowód tego raczcie przeczytać list, który wam przywożę z podarunkami.
To mówiąc, podał Teresie list i zarzucił na jej szyję sznur korali, oprawnych w złoto.
— List — dodał — przysyła gubernator, a oto ten drugi razem z koralami jest od potężnej księżnej, która mnie do was wysłała.