— Co ci jest, moje dziecko — rzecze zdumiony proboszcz — cóż to za papier trzymasz w ręce?

— To nic więcej — odpowie Teresa — tylko po prostu list od mego męża gubernatora i drugi od księżnej z prezentem.

To mówiąc, podała proboszczowi list i kolię. Proboszcz przeczytał głośno list, przypatrzył się koralom, a widząc, że były kosztowne i w szczere złoto oprawne, zdumiony pojąć nie mógł, co by to wszystko znaczyć mogło.

— Karasko — zapytał po chwili — kto przyniósł listy i korale?

— Och! pójdźcie sami zobaczyć, jakiś młody człowiek, prześliczny i pięknie ubrany, który prócz tego i inne przywiózł nam prezenty.

— Wszystko to dziwi mnie nadzwyczajnie — rzecze proboszcz — lecz pójdźmy zobaczyć posłańca, może się cośkolwiek pewniejszego dowiemy.

Udali się więc z Teresą, która przez całą drogę z radości rozmaite im plotła rzeczy. Przybywszy na podwórko, zobaczyli małą Sanchę, zatrudnioną przygotowaniami do uczty, a posłańca zajętego nasypywaniem owsa swojemu koniowi.

Widząc pazia bardzo przyzwoicie wyglądającego, pozdrowili go i po obustronnych grzecznościach prosili, aby ich uwiadomił bliżej o losie Don Kichota i Sanchy, mówiąc, że list Sanchy niezmiernie ich ucieszył i zakłopotał zarazem, gdyż o gubernatorstwie jego dotąd nie słyszeli, tym więcej, że wszystkie wyspy na morzu Śródziemnym należą do hiszpańskiego króla i urzędownie tylko w zarząd oddawane bywają.

— Panowie — rzecze paź — nic pewniejszego, że pan Sancho Pansa gubernatorem został. Nie wiem tylko z pewnością, czy na wyspie, czy na stałym lądzie, tego jednakże pewny jestem, że ma obecnie miasto z przeszło tysiąca ludności złożone, w którym wszystko od jego woli zawisło.

Gdy tak rozmawiali, mała Sancha, przechodząc z jajami w fartuchu, zapytała pazia: