— Prawda — rzecze paź — że tego i u pana gubernatora nie kupić i to właśnie nadzwyczajnie bawi księcia i księżnę panią.

— Powiedz mi też, mości panie — rzecze Karasko — proszę cię serio, co znaczy to gubernatorstwo Sanchy i gdzie na świecie jest taka księżna, która pisuje listy do jego żony i przesyła podarki? Bo na honor! nie wiemy, co sądzić o tym, chyba, że to wszystko należy do tych nadzwyczajnych wypadków, jakie się Don Kichotowi za sprawą czarnoksiężników zdarzają.

— Wszystko, co mogę wam powiedzieć, panowie — odpowie paź — jest to, że naprawdę księżna i pani moja wysłała mnie tu z listem i podarunkami, że jest rzeczywiście gubernatorem i że na tym urzędzie, który mu książę nadał, cudów dokazuje. Jeżeli jest w tym coś czarodziejskiego, możecie się o tym przekonać sami, bo ja nic więcej nie wiem.

— Być to bardzo może — rzecze Karasko — jednakże pozwalam sobie wątpić.

— Jak się panu podoba — odpowie paź — powiedziałem prawdę, a jeżeli zechcesz, jedź ze mną, to na własne oczy przekonać się możesz.

— Ja! ja pojadę! — zawołała Sancha — weź mnie na siodło, mój kochany panie! Będę rada bardzo zobaczyć mego pana ojca.

— Nie wypada córkom dygnitarzy podróżować w ten sposób — odrzekł paź — w karecie, w lektyce i z przyzwoitym orszakiem możecie odwiedzić swojego ojca.

— O! ba! — rzecze Sancha — nie takam ja delikatna. Tak samo pojechałabym na ośle, jak i w karecie.

— Cicho bądź — rzecze Teresa — nie wiesz sama, co pleciesz. Ten pan ma słuszność; czas płaci, czas traci. Póki ojciec był tylko Sanchą, ty byłaś sobie po prostu małą Sanchą, teraz jesteś panną, skoro on został gubernatorem. Pamiętaj to sobie.

— Pani Teresa ma słuszność — rzecze paź — lecz muszę się śpieszyć. Dajcie mi zjeść cokolwiek, abym zaraz wyjechawszy, mógł dziś jeszcze do domu powrócić.