— A co? — rzekł Sancho. — Do mnie to, do mnie powinni się udać, skoro idzie o jaki figielek; to sobie oszusta wybrali! Do diaska! gdybym chciał kraść, czyż nie miałem sposobności na moim wielkorządztwie?
Don Kichot, oddawszy niski ukłon księciu, księżnej i wszystkim przytomnym, spiął Rosynanta i wyjechał z zamku drogą do Saragossy.
Rozdział VI
Jako tyle przygód Don Kichota spotkało, że nie wiedział, od której zacząć.
Don Kichot, harcując na czystym polu i pozbywszy się natarczywości Altisidory, uczuł się w swoim żywiole. W sercu zrodził mu się nowy zapał do szukania przygód i poświęcenia się zawodowi błędnego rycerza.
— Swoboda — rzekł do Sancha — jest największym darem, jaki niebo ziemi dać mogło, wszystkie skarby, w łonie ziemi będące, wszystkie bogactwa, które morze w niezgłębionych przepaściach ukrywa, nie dadzą się z nią porównać. Zarówno się życie dla swobody, jak dla czci naraża, a niewola jest najsroższą niedolą. Byłeś naocznym świadkiem, przyjacielu Sancho, wytwornego życia w tym zamku. Obfitość tam wszystkiego, przyjemności niezwykłe, a jednak co do mnie, przyznam ci się, że wśród tych uczt wystawnych, spożywając te wykwintne potrawy i napoje, zdawało mi się, że mi głód dokucza. Ta obfitość wszystkiego wydawała mi się niedostatkiem, wszystkie te obfite mięsiwa gorzko mi smakowały, niespokojnie mi było na miękkiej pościeli; dbanie o rozkosz zawsze i wszędzie zdało mi się nareszcie nieznośne. Bądź co bądź, nie używałem tego wszystkiego swobodnie, bo to nie moje było, a obowiązek pamiętania o tym, że ktoś nam dobrodziejstwo wyświadcza, jest to pęto z tysiąca węzłów złożone, które nigdy duszy swobody nie daje. Szczęśliwy ten, co mu niebo zsyła żywność i co za nią samemu tylko niebu wdzięcznym być powinien.
— Prawda to, panie — wtrącił Sancho — ale jednak nie można nie być obowiązanym za dwieście talarów złotych, które mi dał marszałek jaśnie oświeconego księcia, a które tu umieściłem w kiesce na żołądku, jako relikwie w potrzebie i kataplazm192 chroniący od przygód, które zawsze napotkać można. W jednym zamku cię nakarmią, napoją, a za to w stu karczmach kijami wyłoją.
Rozmawiając tak z sobą błędny rycerz i giermek, po sporej mili drogi zobaczyli nagle dwunastu ludzi, obiadujących na murawie. Koło nich w małych odległościach rozciągnięte były dwie białe płachty, które coś przykrywać musiały. Don Kichot, zbliżywszy się do nich i ukłoniwszy, zapytał, co mają pod tym płótnem.
— Są to, panie — odrzekł z nich jeden — posągi do ołtarza, który w naszej parafii stawiamy. Niesiemy je na barkach, ażeby się nie potłukły, a przykrywamy, ażeby im wilgoć nie zaszkodziła.
— Wielką mi panowie zrobicie przyjemność — rzekł Don Kichot — jeśli zechcecie mi je pokazać, bo wyobrażam sobie, że posągi, z taką starannością przenoszone, bardzo piękne być muszą.