Ujrzał naprzód ludzi, wydostających arkusze spod pras, drugich poprawiających formy, inni składających, słowem to, co się da widzieć w drukarni. Chodząc tu i ówdzie, przyglądając się, wypytując, zbliżył się do jednego zecera, zapytując go, czym się zajmuje.

— Panie, ten szlachcic, którego tam widzisz — odrzekł mu zecer, wskazując na mężczyznę z dobrą miną, ale bardzo serio — przełożył książkę włoską na hiszpański język, a ja składam według manuskryptu.

— Jaki tytuł książki? — zagadnął Don Kichot.

— Panie — rzekł autor — po włosku le Bagatele.

— Jak pan ten wyraz po hiszpańsku oddałeś? — zapyta Don Kichot.

— Bagatele — odrzekł autor — nazywamy los Jugutés i choć tytuł tej książki niewiele obiecuje, wcale to niezła rzecz, zawierająca wiele poważnych a składnych przedmiotów.

— Mam pretensję — rzekł Don Kichot — do znajomości włoskiego języka, czytałem kilkakrotnie Ariosta. Powiedz mi pan z łaski swojej, pytam się przez ciekawość, a nie dla zbadania pańskich wiadomości, nie znalazłeś pan przypadkiem w książce tej wyrazu pignata?

— Niejednokrotnie — odrzekł autor.

— Jak go pan tłumaczysz? — zapytuje Don Kichot.

— A jakżeż można inaczej, jeżeli nie wyrazem kocioł.