— Ile pan ma z tej strony zębów?
— Cztery, nie wymieniając kła — odpowiedział Don Kichot — cztery zdrowe zupełnie.
— Panie — odparł Sancho — zważaj pan, co pan mówisz.
— Powiadam cztery, choćby nawet miało być pięć — odparł Don Kichot — bo dotychczas mi nie wyrywano, a żaden mi nie wypadł.
— Och, dobrze — rzekł Sancho — masz pan właśnie półtrzecia78 zęba w szczęce dolnej; co zaś do górnej, nie ma ani jednego, ani połówki, wszędzie gładko jak na dłoni.
— Jak to? — zawołał Don Kichot na tę smutną nowinę — na Boga, kto wie, czy bym nie wolał, żeby mi rękę odcięto, aby nie prawicę. Widzisz, dziecko moje, usta bez zębów, to młyn bez kamienia, i nie masz zęba, co by nie miał większej wartości od diamentu, ale cóż robić? Taki los nas wszystkich, którzy wyznajemy twarde prawa rycerstwa. Idź, bracie, prowadź, gdzie chcesz, podążę za tobą.
Sancho pojechał naprzód, nie oddalając się jednak od gościńca, który jakoś w tym miejscu bardzo był ubity. Postępowali z wolna, bo Don Kichot czuł wiele bólu, który ruch konia powiększał jeszcze. Sancho chciał z nim rozmawiać, żeby mu trochę ulżyć i między innymi powiedział mu — o czym w następującym rozdziale będzie, jeśli go kto czytać zechce.
Rozdział V
O przyjemnej rozmowie, którą Sancho miał z panem, i o spotkaniu z umarłymi, oraz innych cudownych wypadkach.
— Jeśli się nie mylę, panie — rzekł Sancho — te rozliczne nieszczęścia, trapiące nas od dni kilku, nie są czym innym, jak karą za grzech, który pan popełniłeś przeciw ustawom rycerstwa, gwałcąc ślub że dopóty pan nie będziesz spożywał chleba przy stole i innych potraw, dopóki nie zdobędziesz tej zbroi na Malandrynie, czy jak mu tam na imię, bo już zapomniałem, jak się ten Maur nazywa.