— Cóż tu u diabła asana sprowadza — zagadnął Don Kichot — kiedy jesteś duchowną osobą?

— Nieszczęście, jak widzisz, panie!

— Nieszczęście to być może jeszcze dotkliwsze, jeśli nie odpowiesz w tej chwili na wszystkie moje zapytania — rzekł znów Don Kichot.

— Nie tak to trudno — odparł bakałarz — Cóż panu powiem? Nazywam się Alonzo Lopez, rodem z Alkowendys, wracam z Basa z jedenastu księżmi tymi właśnie, co to uciekli. Wyprowadzaliśmy ciało szlachcica jednego, co niedawno zmarł w Basa, i chciał, żeby go pochowano w Segowii, w miejscu jego urodzenia.

— Któż zabił tego szlachcica? — zapytał z gniewem Don Kichot.

— Bóg — odparł bakałarz. — Bóg gorączką trawiącą, którą zesłał na niego.

— Kiedy tak się rzecz ma — wtrącił nasz rycerz — Pan Bóg uwalnia mnie od obowiązku pomsty za jego śmierć, gdyby go kto z ludzi był zabił ale ponieważ to Bóg, trzeba milczeć i poddać się jego najświętszej woli. Dowiedzże się teraz, mości bakałarzu, że jestem rycerz z Manchy, nazywam się Don Kichot, i że moim powołaniem jest jeździć po świecie dla pomsty krzywd i karcenia zniewag.

— Nie wiem, jaką to moją krzywdę pomściłeś pan — odparł bakałarz — ale to wiem, żeś wyrządził krzywdę mojej nodze, która przedtem była prosta zupełnie. Szukając przygód po świecie, najgorszą z nich mnie sprawiłeś, co nie myślałem nigdy o panu.

— Na tym świecie nie wszystko tak idzie, jakby się pragnęło — rzekł Don Kichot — całe zło polega mianowicie na tym, że nie powinniście włóczyć się po nocach w tych długich płaszczach żałobnych, z zapalonymi pochodniami, mrucząc przez zęby i pod nosem, podobni jesteście do ludzi z tamtego świata. Widzisz więc waszmość, że nie mogłem nie natrzeć na was i natarłbym był, choćbyście byli nawet istotnymi diabłami, za jakich was miałem z miny i czupryny.

— Nareszcie — rzekł bakałarz — ponieważ nieszczęście tak mieć chciało, trzeba się pocieszać, błagam cię tylko, mości błędny rycerzu, żebyś mi pomógł wydostać się spod tego muła.