[Dębowa Góra] 18 grudnia 1869, piątek

Wando moja kochana, według życzenia odsyłam ci papiery. Zostawiłam sobie jednak list do Kajetana i Z jednostkowych światów314 — na dalszy użytek czy zmarnowanie? Ja nie wiem. Zdaje mi się, że gdybyśmy były razem, to mogłybyśmy pisać, ale to mi się zdaje zapewne. Teraz ciągle próbowałam i nie chciało mi pióro z miejsca ruszyć. Jednak to pewna, że, kiedy czytam twoje różne ustępy, zaraz mi na myśl przychodzi, co by się z tego dało zrobić — po mojemu widzi mi się — a może po twojemu jest lepsze, tylko mnie już do tego wewnątrz władzy jakiejś brakuje, żeby to odczuć — głównie zaś w tobie ton uczuciowy przemaga. Zresztą przesłałabym ci szczegółową krytykę, gdybym mogła uwierzyć, że do jej przyjęcia usposobioną jesteś; lecz przy nacisku zwykłego tobie i dodatniego z okoliczności smutku, na nic to ci się nie przyda. Zamiast wywołać z siebie nowe strony talentu i zwrócić oko na nowe przedmioty, zniechęcisz się tylko i będziesz się gorączkowała, że tego, co jest, nie dosyć jest jeszcze. Przy wspólnej pracy, inaczej by się to ułożyło — na listy, nie warto! Artykułu o asekuracji nie czytałam, bo mi parę „Bluszczów” zaległo do przejrzenia, a z „Gazety Polskiej” telegramy ostatnie tylko przebiegam — gdzie by zaś był ten artykuł, nie wiem z pewnością — powiedz mi, to odszukam. Straszliwie w tym czasie zleniwiałam. Nawet mniej niż zwykle czytuję, dnie jakoś na niczym schodzą, często i w nocy nie śpię, a przecież tak nic z moich godzin nie użytkuję, że wkrótce i myśleć przestanę. Wituchna dziś jedzie do Warszawy, za dzień lub dwa wróci, może mi słowo od was przywiezie — tyle mojego, co wasze. Juluta mi przysłała jedno z dzieł Dizraelego — napisane wtedy, kiedy miał lat dwadzieścia. Chciałabym, żebyś je czytała — aż zazdrość bierze, gdy się widzi, nad czym to młode umysły w Anglii mogą sobie fantazjować — co wkoło siebie znajdują na zajęcie wyobraźni, na gimnastykę rozumowania i szkołę projektów. Słyszałaś już może o tym, jak mi się majaczyło w zamiarach, aby o autorze, późniejszym ministrze, studium osobne napisać. Coraz więcej materiałów znajduję godnych obrobienia, a coraz mniej gotowych do ich użycia zdolności. Trzeba się z nadzieją pisarstwa pożegnać! Nawet choć mój list do Seweryna dobre na Edwardzie zrobił wrażenie, to jeszcze niczego nie dowodzi. Mam przecież więcej — och! daleko więcej dobrego w sercu dla moich kochanych, niż w jakimkolwiek liście wypisać to mogłam; lecz nie o takie dobro chodzi, kiedy się do nieznanych czytelników, a zwłaszcza do wydawców udajemy. Swoją drogą, przy twojej pomocy, mógłby się użyteczny i ciekawy artykuł złożyć, lecz musiałybyśmy koniecznie razem pracować, a do tego nigdy nie przyjdzie. To jest — nie przesądzajmy: nigdy jest zbyt absolutnym wyrazem — może i przyjdzie kiedyś, że taka rzecz byłaby stosunkami losu ułatwiona — ale coś we mnie się zmieni i choćby do korzystania z pomocy będzie już nie w porę. Jak się ojciec miewa? moja Wandeczko, donieś mi o tym prędko. Czas znowu szkaradny. Miałam ochotę z Wituchną do Skierniewic jechać, ażeby chorą Kasię odwiedzić, muszę to jednak na wtorek zostawić. We wtorek będzie w Skierniewicach Izabella Zbigniewska. Gdybyście się razem kiedy zeszły, dopiero by to dla mnie była najciekawsza lekcja psychologiczna: wyobraź sobie życie takie praktyczne, o jakim ledwo ze słyszenia coś wiemy, a naturę taką niepraktyczną jak twoja. Czy się gniewasz za to porównanie? Mam komentarz na przeproszenie w sercu.

Donieś, czy pewnie nie kaszlesz? Zosię i Manię upieść ode mnie, tylko że nie wiem, czy Zosia pieścić się pozwoli — może ma przeciwne temu uprzedzenia — ale kiedy napisałam, to niech zostanie. Panu Władysławowi pozdrowienie — a jak zobaczysz się z Jabłonowskim315, to mu się kłaniaj ode mnie — pamiętaj.

CXLVI

29 grudnia 1869, Dębowa Góra

Czy wolisz krótką karteczkę prędzej, czy długi list a później?

Zadaję ci to pytanie, żeby wiedzieć, czego na drugi raz się trzymać; dzisiaj zaś sama arbitralnie je rozstrzygam i karteczkę posyłam tylko. Miałam wcale nie pisać, lecz wcale nie pisać jeszcze trudniej czasem niż pisać dużo. Więc najpierwej muszę cię uściskać, nie dlatego, że to święta pełne uścisków, życzeń i kongratulacyj, ale dlatego, że mi się tak chciało. Wszystkich swoich wszelako uściskasz i pozdrowisz świątecznie. O panu Władysławie316 doniesiesz, czy zdrowszy: co to znaczy takie długie cierpienie? kto go leczy, jak nazywają jego chorobę? tylkoż nie pytaj ex abrupto ode mnie, bo by się zdziwił, że to może naprawdę bardzo obchodzić kogoś takiego, z kim tylko jeden wieczór w życiu przerozmawiał, albo też wiesz co? w ostatnim razie wytłumaczyłabyś mię naukową pobudką. Przypuśćmy, że zbieram antropologiczne spostrzeżenia i chcę wiedzieć dla statystycznych rachunków moich, na co ludzie rozumni chorują — bo na co głupcy, to już wiem dość dokładnie. Projekt wydania książki dla owych 250 rubli nie zdaje mi się; za powolny! Tu jedynie składką można poradzić — i to w gronie bardzo bliskich znajomych. Po Nowym Roku więcej będę mogła o tym ci napisać.

Wybór Daisy chain do tłumaczenia zachwyciłby mię, gdyby to można w „Bluszczu” umieścić. Ale „Gazeta Polska”, którą obywatele i urzędnicy czytają!... Jak ci się widzi, Wando? jest tam prześliczny rozdziałek o chłopcu, który przy lekcji szachruje z wydawaniem; są inne o studenckich figlach, o dziewczęcych nieporozumieniach. Jak się czyta, to jakby się przeżywało to wszystko; lecz ci panowie czy się tym wzruszą? Im koniecznie czegoś plus substantiel317 trzeba — a ja gadam o rzeczach, na których się nie znam — bo w gruncie owi panowie ani jednego, ani drugiego nie przeczytają może. Więc niech będzie według waszej z Julią decyzji. Do przyszłego listu, moja Wandeczko, moje ty zmartwienie, ach! i pociecho ty moja!

Rok 1870

CXLVII