CLXII

[Dębowa Góra] 16 grudnia, niedziela z rana, 1870

Od jakiego to czasu, moja Wando, przez panią Matyldę mam się dowiadywać tego, co ty mi chcesz powiedzieć? Gdybym pierwej o tym pełnomocnictwie wiedziała, to bym niezawodnie zmusiła do wypłacenia mi całych owych trzech arkusików spalonych aż po ostatnią literkę; ale mię nie przestrzegłaś, ja nie wiedziałam, z Matyldą mówiłyśmy głównie o Matyldzie i tak wszystko, co było na ćwiartkach już dla mnie spisane, przepadło. Ej Wando, nie dziwacz! Ty wiesz najlepiej, dlaczego chciałabym suwać się jak cień za tobą i co godzina jak zegar ratuszowy powtarzać: — Wando, nie dziwacz!... Nie o same zniszczone listy mi chodzi, chociaż i listów bardzo żałuję; ale ci goście, którzy do Warszawy ściągają... Chciałabym ci przepisać receptę — czy byś ją zażyła?... Przede wszystkim:

Trzeźwości...

Prostoty...

Sumiennego zbadania siebie i drugich.

To co winnaś ideałowi dobrego.

To co się należy konieczności społecznej.

Odmierzyć jak najakuratniej możliwość z najlepszością — skłonności z przedsięwzięciami.

Przetłumaczyć wszystko na polskie zdania, jasne, dobitne i zwięzłe —