CLXIV
[1872] Początku brak
...zachwycającą byłaby w tej roli, wątpię tylko, czy publiczność dałaby się zachwycić. Daleko nam jeszcze do takiego wykształcenia tłumów; nie dowierzałabym, choćby z takich pięknych pań się składały jak pani Zamojska, co ją w portrecie Matejko dystynkcją udarował. Widziałam ją raz w teatrze, ten śliczny oryginał, przypatrywałam się pilnie przez ciąg wszystkich według zwyczaju zbyt długich antraktów. Podobała mi się, nie przeczę; mam gust nadzwyczaj eklektyczny, ale właśnie „dystynkcji” dośledzić nie mogłam. Loretka odurzająca, Zamojska — nic. Najpierw włosy ma ciemniejsze, a na jasno blond je farbuje, znać blansz i róż na twarzy — wreszcie kok ogromny. Nie bierz tego za wymówkę dawnych grzechów, lecz niepodobna mi kobiety dystyngowanej z kokiem sobie wyobrazić. Powinna mieć albo dosyć swoich własnych włosów, albo dosyć powagi i wdzięku, by sobie takiej mody narzucić nie dała. Wszystkie podobne sztuczki trącą loretką lub gąską; jestem prawie pewna, że ręce muszą być podobne, gdyż są w logicznym związku z innymi spostrzeżeniami; co jednak nie przeszkadza piękności pełnej blasku oka, cudną linią odcinającemu się profilowi, królewskim szyi poruszeniom — ani temu nawet, że na ratunek tonącej panny Megden w wodę się rzuciła i sama ledwo co nie utonęła. Loretki bywają często odważne, pierworzutnie szlachetne i dzielniejsze od wielu dam dystyngowanych — dlatego mamy do nich wielką słabość; chciałabym jedynie, życzyła im dla ich własnego szczęścia, żeby loretkami pozostały, nie wkraczając w wielkich pań przywileje. Cały ten ustęp jednak czytaj zupełnie in abstracto — studium na wnioskach fizjognomicznych oparte; do sądzenia pani Z. nie mam żadnego prawa, bo nie mam żadnego faktu, żadnej zasady prócz różu, blanszu i koka. Co mię tam zresztą wszystkie portretowe i oryginalne damy obchodzą, kiedyś mię tak zmartwiła różnymi o narzeczonej Stasia szczegółami. Od tego czasu jak mi jej fotografii na pierwsze zapoznanie pożyczył, ani słówka już o nim nie słyszałam — jednocześnie wprawdzie przyszedł list pani Markiewicz z tą samą nowiną, ale ja Stasiowi natychmiast odpisałam, a pani Mark... jeszcze nie, więc choćbym przez nią mogła jaką wiadomość odebrać, nie śpieszyłam się jakoś, w spokoju ostatniego rozstrzygnięcia tej powieści czekając. Ale teraz muszę się o dalszy ciąg upomnieć. Staś należy do tej wyborowej warstwy męskiego rodzaju, której koniecznie życia rodzinnego trzeba. Czy będzie wzorowym mężem, to sobie dawniej od ciebie na znaku zapytania powiesiłam; ale że byłby z niego ojciec przykładny, tego jestem pewna — tak zaś krajowo, społecznie, religijnie czuję potrzebę dobrych ojców dla przyszłych pokoleń, że nigdy dla żadnej panny (nie wyłączając siebie) zamążpójścia tak nie pragnęłam jak dla niego ożenienia. Byłam gotowa z wielu wymagań na jego rachunek zrobić już ustępstwo, byle się ożenił... A może to złe wpływy tylko — może przy nim i dla niego będzie inaczej — les femmes sont plus perfectibles — helas! mais les hommes sont plus facilement corruptibles. — No — jeszcze rzecz nieskończona. Muszę, muszę zaraz do Mariampola napisać — domyślasz się, że nie z denuncjacją — ale z mnóstwem zapytań. Ściskam serdecznie i jeszcze serdeczniej i najserdeczniej moją Wandę — i z uściskiem rękę podaję jej Władysławowi333.
N.B. Nowina jedyna. Wczoraj przyjechała tu panna Żeleszkiewicz334, która ma być przy Marychnie w miejsce panny Fanny, wyjeżdżającej do Szwajcarii. Jest to dobra znajoma Jadwigi Sikorskiej, bardzo mało mówiąca; trudno będzie się z nią zapoznać. Studiuję tylko rysy jej twarzy — należy do serii — gdybym powiedziała pani Eleonory Z[iemięckiej], to może nie zrozumiałabyś mnie, bo tylko w późniejszym wieku znałaś panią Eleonorę, zresztą przyszłaby ci na myśl wysoka inteligencja lub sybilińska piękność — dlatego wolę to serią Paulinki Leszczyńskiej nazwać. Już ze trzy razy wydała mi się dość brzydką i ze dwa razy bardzo piękną — nie wiem, co się na wierzchu ostoi.
CLXV
20 czerwca 1872, Dębowa Góra
[Odpis Wandy Żeleńskiej]
Ostatni twój list odebrałam szczęśliwie, Wando moja kochana, ale jakkolwiek po zwyczaju bardzo się nim ucieszyłam, nie myśl jednak, że on przeważnie na sumienie moje wpłynął i do pióra mnie dziś zapędził. Od dawna już w sercu i w głowie mojej postanowiłam, że kiedy nie mogę osobiście, to choć piśmiennie się stawię na dzień pamiętny, dzień uroczysty, dzień czarów, wróżb, tajemniczych obrzędów i imienin twoich. Sobótki i wianki już cię nie obchodzą, kwiatu paproci szukać już nie potrzebujesz, ale mam nadzieję, że najserdeczniejszy uścisk mój, a przynajmniej pod osobistym zobowiązaniem wystawiony na niego weksel, zda ci się przed podróżą. No, zresztą, choćby tobie się nie zdał, to zawsze mnie się przyda bardzo, gdy z tym uściskiem coś ode mnie i jakoby ze mnie, w podróż335, w dalekie strony ze sobą zabierzesz. Sama właśnie od tego roku zaczynam się z miejsca nie ruszać; sparaliżowanie wszystkich chęci i projektów coraz konsekwentniej się rozwija. Zostają mi tylko oczy zdrowe, żebym nimi z tęschnotą a pociechą patrzeć mogła za ukochanymi, co się na wszystkie strony oddalają. Tylko dwie bardzo chore zostaną mi w Warszawie. U nas tutaj na parę tygodni puszczą chłopców na trawę, lecz potem znów do żłobu (rozmaitego ziarna użytecznych, niepotrzebnych i szkodliwych wiadomości) przywiążą, bo to po wakacjach mają zdawać swój pierwszy egzamin i pierwszy krok stawić na drabinie publicznej hierarchii. Pomyśl tylko, jak trudne warunki na przyszłość się gromadzą, jak wielkich ułatwień i przygotowań potrzebują ci, co w niej żyć będą. Jeśli nam było trudno bez różnych zapasów torować sobie drogę wśród zdarzeń i coraz egoistyczniejszych tłumów, dla następujących po nas będzie to już prawdziwym niepodobieństwem. Talent mógł się dotychczas z lekkim przydatkiem samodzielności rozwijać, lecz i talent, i samodzielność bez porządnej nauki nadal nie wystarczy. „Trzeba się dobrze uczyć, bo minął wiek złoty”. Krasicki z intuicji napisał, my to w zastosowaniu dowodnie widzimy. Miłość sama, chęci najlepsze, nie zastąpią dziś fachowej, rozumnej pedagogiki!
Śmierć Moniuszki ciągle wszystkich zajmuje, nawet dość apatyczne dla zadomowych stosunków usposobienia, głębiej się nią wzruszyły. Paulinka, kiedy pierwsze doniesienie w „Kurierze” przeczytała, wbiegła do mnie z tak zmienioną twarzą, że zrazu myślałam, iż kto z rodziny umarł. Ludwik także, niekoniecznie muzykalny, a jak tu był, przyznał się, że to na nim wrażenie jakiejś osobistej straty zrobiło; co do mnie — ja — byłam zazdrosną. Niepodobna mi szlachetniejszego wziąć określnika. — Jeszcze się do tego nikomu nie przyznałam, ale tobie poufnie wyznam tę słabość, osądź, niesłusznąli? czy uzasadnioną? Przypomniałam sobie, kiedy w 54 r. doszła wiadomość o śmierci także narodowej, także ogólnie znanej i cenionej znakomitości — o śmierci Mickiewicza. Wtedy koło mnie opowiadano jako szczególność memu niby usposobieniu właściwą tylko, że jak nad ubytkiem własnego szczęścia zabolałam. Pierwej jeszcze Słowacki znikł bezpowrotnie, a ledwo kto wspomniał, mało kto zasłyszał o jego zgonie. Więc odpuść moją winę, że mimowolnie wsteczną zazdrością za tymi dwoma moimi dobroczyńcami, westchnęłam. Chciałabym się pocieszyć tym komentarzem, że to nie ówczesnej obojętności, lecz teraźniejszego ożywienia w kraju dowodzi; nie mniejszej jętności w ideałach, a większej wrażliwości w zmysłach, lecz po prostu ogólniejszego zwyczaju łączenia się w jawnym wypowiedzeniu spólnych pociech i smutków.
O Nieba! gotowaś pani moja rozgniewać się na mnie, że poetom ideę, a muzykom zmysłową jedynie wrażliwość przypisuję! Więc objaśniający dodatek: nie stawiałam, nie układałam żadnej paraleli między poetami a muzykami, jak pierwsi muszą mieć zmysły delikatniej wrażliwe, żeby piękno poczuli i przyswoili sobie, tak drudzy muszą mieć ideę w sobie, żeby piękne i głębokie rozbudzili wrażenie. Porównywałam więc nie mistrzów słowa z mistrzami dźwięków, tylko słuchaczy z czytelnikami, a smutny dla mnie i dla ciebie, dla twego męża i wszystkich naszych wspólnie ukochanych, i dla wszystkiego wspólnie nam drogiego, smutny, mówię, byłby wypadek, gdyby w naszym biednym społeczeństwie, słuchacze nad czytelnikami górę wzięli, czy to liczbą swoją, czy powagą i wpływami. No jakże? Przyjmuje pani to usprawiedliwienie? Znakiem przyjęcia niech będzie list jeszcze jeden przed wyjazdem napisany. Stanowczo oznacz dzień i godzinę pociągu. Nie stawiam sobie przedsięwzięciem a tobie obietnicą, że się w Skierniewicach pożegnamy, lecz co by ci to szkodziło, gdybyśmy się tą nadzieją pobawiły trochę? Wando serdeczna moja, chcę, żebyś ten list prędko odebrała, i muszę go też prędzej wyprawić. Twój był trzy dni w drodze. Niech dobra gwiazda mojemu sprzyja, a ciebie po odbytych wędrówkach szczęśliwie na powrót sprowadzi. Kiedy?