XLVI
[Zielona] 7 listopada 1865
Kilka słów tylko na tymczasem mojej kochanej smutnej Wandzie — przed uściskiem powitania. Jeszcze nie wiem dnia ani godziny mego wyjazdu, mam prawo jednak domyślać się, że w tym tygodniu nastąpi. Gdyby mi się udało, po dawnemu wszystkie cztery razem was zastać, to by mi trochę, troszeczkę dawne chwile przypomniało. Prawda, że dwojga dzieciaków nie widywałam wtedy u was, ale to będą goście — a wy będziecie domowi.
Czy się tym nie gorszysz, Wando, że w twoim smutku niczego, niczego nie mam dla ciebie prócz uścisku i coraz większej potrzeby widzenia się z tobą? Niezadługo. Pierwej jednak wspomnij Edwardowi, że i fotografię, i list jego ostatni odebrałam. Zdaje mi się, że fotografią przed tobą dawniej się już pochwaliłam — istotnie pocieszająca. Na list chciałabym we dworku (może kamienicy?) przy ogrodowej ulicy odpowiedzieć.
Ciotkom twoim przypomnij mię twoim dobrym słowem, a pani Bolesławie za jej pamięć najlepszym moim podziękuj. Tak mi się chce wyjechać, że aż mi się pisać nie chce do nikogo — i aż mię wstyd mojej poczciwej serdecznej Andzi — chociaż tęschnotą moją za wami wcale Zielonej nie ubliżam.
XLVII
Warszawa [listopad 1866]
Dzisiejszy ranek przy nowej żałobie waszej na nic by się nam nie zdał, Wando. Przesiedzę go u siebie, tym bardziej, że śnieg do wyjścia nie zachęca. Potem na kilka godzin do Kazi pojadę. Obmyśl, kiedy byśmy mogły razem się znowu rozgawędzić, czy u mnie, czy u ciebie. Siostry uściskaj.
Wczoraj był pogrzeb Rudzia Jachowicza — uciekają przed życiem młode dusze.