LXV
21 sierpnia 1866, Pszczonów
Mogłabym ci w bardzo sarkastycznej formie powiedzieć, moja Wando, że przeszłych lat, a jeszcze bardziej zaprzeszłych, częstsze daleko miewałam od ciebie listy, chociaż sama daleko rzadziej na nie odpisywałam. Lecz takie przedstawienie faktu byłoby prawdziwą niegodziwością. Owszem, ja najlepiej mogę zrozumieć, dlaczego trudniej ci pisać teraz, i właśnie że rozumiem, chciałam te kilka słów przesłać — jako dla ciebie usprawiedliwienie. Czym twoje życie od lat kilku, tym moje od ćwierć wieku; inne może formy, ale treść ta sama — boleść po boleści — pod boleścią boleść. Więc długo próbowałam na różne przykrawać ją formy: na zasługę mistyczną, na udoskonalenie, na powieści do druku; aż powyżej mózgu wezbrała i objawił się paraliż. Nie na moje zawołanie przecież — przyszedł sam z ciebie. Najtrwalsze, najupartsze to, co samo z siebie przychodzi. Mnie bardzo wiele na tym zależy, abyś niemoc moją dokładnie zrozumiała; wolałabym ją na innych objaśniać przykładach, lecz i przed twoim własnym nie ucieknę, gdy może do wzajemnego objaśnienia posłużyć. Mnie bardzo wiele na tym zależy, byś mię nie przeceniała w wymaganiach i nadziejach swoich — mnie bardzo wiele na tym zależy. To ci najpilniej powiedzieć chciałam, ale spodziewam się, że jeszcze nie wdrożyłaś się tak jak ja w chorobę — więc mi doniesiesz choć słówko kronikarskie: co się z każdą z was dzieje — co z Tomaszowa słychać? Oczy twoje całuję — czy wiesz, nad czym pomyślałam przez chwilę? Chciałam ci przymiotnikiem twoje oczy opowiedzieć — niby to miałam talent do przymiotników — a dla ciebie nie znalazłam — sunęło przez myśl kilka — nie wytrzymały krytyki. Diamentowe? Nie, jest w diamencie twardość — księżycowe — nie — księżycowe majaczą — słoneczne za wesołe — fosforyczne za mdławe. Ty masz jakieś oczy — które często widzę przed sobą z niektórych chwil szczególniej — z wieczoru lub raczej nocy olszowskiej — z poranku w Maniusi pokoju, a przede wszystkim z Wierzbna, gdy mię na progu żegnałaś. Doprawdy, nie o tym miałam pisać — tylko słówko użalenia i zapytania — nawet papieru wzięłam na bilecik — tymczasem trzeba będzie koperty. O, moje dziecko, bo to tak zawsze bywa ze mną — trudno mi przyjść (brak sił, inicjatywy), ale jeszcze trudniej odejść, kiedy raz już przy sobie jesteśmy.
Czy p. Bolesława wróciła?
Jednak muszę czy prędzej, czy później zdefiniować twoje oczy.
LXVI
28 sierpnia 1866, Pszczonów
Przecież tyle, że pogoda! Czy długo jeszcze w Wierzbnie zabawicie? Pani Zaleska152 ze swoją córką i z siostrzenicą, czyli ze Stefką i Lucką, dzisiaj za kilka godzin nas opuszcza. Wszystkie dłuższe korespondencje odkładam na czas tęschnoty i cichości po ich wyjeździe, ale tymczasem namawiam moje podróżne, żeby najmojejszą Wandę, choćby w Wierzbnie odwiedziły. Wszystkie bardzo chętnie przyjmują projekt, ale Stefcia najenergiczniej i najpodobniej do zamiaru przyswaja go sobie. W jej więc ręce składam te słów kilka, bo powiada, że bardzo lubi z listem ode mnie do ciebie przychodzić. Niech tak będzie. Uściskam cię najpierwej za to, że masz chwilę wytchnienia od nowych zmartwień. I my weselej na świat patrzymy. Polcia zaczyna wstawać — siadywać w drugim pokoju. Raz nawet przed domem w ogrodzie dosyć długo siedziała, lecz ją to bardzo zmęczyło — na drugi raz więcej sił znajdzie, bo jednak zdrowie pomimo zmęczenia nic nie ucierpiało. Dziwną też wymyśliliśmy sobie rozrywkę, na oderwanie myśli od nieznośnego swędzenia skóry, która się cała prawie od stóp do oczu pokrzywkowym wyrzutem okryła. Zaczęłyśmy się uczyć na pamięć różnych wierszy Słowackiego — ot! istna gimnastyka — a jednak przyznam ci się, że prędzej i łatwiej podejmuje się na wodnistej mojej pamięci zapisać wiersze Juliusza niż choćby Pola — nie wspominając o „Harfach strzaskanych” i masie innych, co się zarówno od początku do końca, jak od końca do początku czytać dają. W Słowackiego każdym wierszu jest albo myśl, albo przynajmniej wyraz tak dobitny, tak „mnemoniczny”, że przy najlżejszym usiłowaniu bardzo łatwo go utrzymać — często jak te obrazy na wystawie — tak sterczy, że sam za mantylkę przytrzymuje. Nauczyłyśmy się dotychczas Grobu Agamemnona i ustępu o Winkelrydzie — na pamiątkę Kazimiery. Chciałam zapędzić Stefkę do tej zabawki, lecz na jedno tylko posiedzenie dała się ułowić, pomimo celującego stopnia. Ciekawam, jak by mi z tobą poszły kiedy podobne wyścigi. Czy spróbujemy? Muszę ci się przyznać, że w tym czasie spadło mi do przejrzenia wiele numerów „Tygodnika”, „Rodziny” nieboszczki, „Bluszczu”. W tym ostatnim wiele poczciwych rzeczy spotkałam, ale jedna powieść udatna, Nauczycielka, ciebie mi na myśl i na sumienie przywiodła. Jest rzeczą niewątpliwą, że tak samo — jest dla mnie pewną, że jeszcze daleko lepiej pisać byś potrafiła. Na nieszczęście, kiedy mi ostatni raz kilka ustępów z powieści swojej czytałaś, ja ci na to kilka uwag krytycznych zrobiłam i zaraz wszelka ochota cię odstąpiła. Ocenienie moje nie zachętą, nie rozjaśnieniem ci się stało, ale zniechęcenia powodem. Zła jestem na siebie, gdyż powinnam była przeczuć to w twojej naturze, moja Mimozo, a ja po sobie miarkowałam. Nigdy mi nie zaszkodziło w młodości, kiedy brat mój — a był bardzo dowcipny — różne wybiegłe gałązki pogiął lub poprzycinał — lecz ja w porównaniu z tobą krzak agrestu przy mimozie. Tobie przede wszystkim trzeba podpórek, żebyś się wzmogła na dopełnienie czego bądź; nie masz odwagi i siły przeciw usterkom i błędom własnym. Chciałabym ci dać przeczytać to, co Michelet napisał w przedmowie do nowego wydania swojej Historii rzymskiej — poszłoby ci na zdrowie. Ogromnie potrzebujesz wyrobić w sobie poczucie konieczności własnych wad i niedokładności stylowych; to jest druga połowa autorskiego talentu. Pierwszą stanowi potrzeba głoszenia jakiegoś przekonania, świadczenia o pewnych prawdach; i ta potrzeba głęboko tkwi w twoim usposobieniu — ale nie jesteś taką, jak ja nią byłam effrontką; nie śmiesz powiedzieć sobie: „Eh! co tam zresztą, niech idzie w świat ten potworek, byle się z nim razem ten klejnocik mój przedostał”. Najfatalniej więc zadziałały moje spostrzeżenia, choć ja nimi nie potworki żadne karciłam, tylko się o więcej jeszcze klejnocików upominałam. Ciągle sobie wyrzucam, że gdyby nie moja nieostrożność, to by się w „Bluszczu” mogła rozwinąć piękniejsza daleko Nauczycielka — chociaż i ta, która jest, zajmuje mię bardzo. Miałabym wiele rzeczy do rozważenia z młodą — oh! niezawodnie młodą autorką — ale nie takam głupia! Już mię żadna szczerość nie złapie, kiedy mojej szczerości jedynym owocem — odstręczenie.
Jak wrócisz do Warszawy lub jeśli tam przejedziesz się kiedy, to mi musisz zaabonować na miesiąc same angielskie powieści. Podobno jest już taki abonament — czytałam ogłoszenie. Prócz tego wywiesz się, jakie wychodzą przeglądy naukowe czy w niemieckim, czy we francuskim języku. Znajdziesz to w katalogach bibliograficznych, a nawet upoważnię cię, jeśli katalog bajońskiej sumy rubla nie przechodzi, żebyś go dla mnie kupiła. Przysłano mi kopię listów Henryka W[ohla] — ale to dopiero z kwietnia. Tyle nowych niespokojności napłynęło — zamiast pogłosek nadziei.
Żegnam moją — moją Wandę. Pamiętaj, że przez ciebie mam się trzymać wszystkich najlepszych dla mnie w Warszawie i Tomaszewie i przez ciebie oni się mają trzymać mnie — powiedz to Edwardowi K[aplińskiemu] i napisz dalej, czy Zosia i Mania naprawdę już zdrowsze? Gdybyście wy wszystkie mogły wiedzieć, jak mi z wami zawsze dobrze jest!