Żeby tobie podobnych zawikłań oszczędzić, donoszę ci, że mnie tutaj oddano: Studia — Ekonomistę — Uncle Ralph — After dark — drugi tom Cyrille. Wszystko przeczyta się do Nowego Roku, a po Nowym Roku przez panią starszą Lewińską odeśle. Nie pytaj mię też nigdy, czy mi książek potrzeba? — zamęczasz tylko moje sumienie, bo w istocie mnie już żadnych książek nie potrzeba. Z żadnej nic dobrego nie przyswoję sobie, żadnej na prawdziwy użytek nie obrócę; a jednak chce mi się tej bibuły ciągle, ciągle — bez miary, bez wagi, nigdy dosyć, nigdy zanadto. Były chwile, że gdyby tylko książkę zamknąć i wyleczyć się z tego machinalnego ruchu, który rękę do otworzenia leżącej na stole prowadzi, to już bym nigdy była ręki po nic na świecie nie podniosła i pewnie lepiej na tym wyszła. Ale zdarza się czasem, że choroba życie przytrzymuje.
Ot, głupstwo, moja Wando, wywłóczyć takie szmaty podarte na Wigilię właśnie do stroju. Darowałabym sobie i ty musiałabyś odpuścić, gdybym istotnie wcale innych nie miała, ale właśnie, że mam jeszcze — mam przede wszystkim ciebie — moją maleńką, moją smutniutką — moją najbiedniejszą ze szczęśliwych. Bo to prawda, że jesteś bardzo biedna — i los się z tobą szarpie, i ciągle spod serca ci kogoś z ukochanych twoich wydziera, a ty sama w sobie jesteś słaba chorobą czyli raczej brakiem zdrowia — i tęschnotą, czyli raczej brakiem radości. Pomimo to jednak, taksuję cię jeszcze na taką wysoką wartość szczęścia, że gdybym dziś umarła, to na jutro podejmuję się przejąć wszystkie warunki twojej osobistości. Ty, co masz rozum chcący wiedzieć prawdę — serce mogące kochać — serce, które kocha już — bo choćby tylko mnie — dziewczyno, jak ty zdolną jesteś ukochać — i osobistość masz także zdolną do bycia kochaną — bo jakże ciebie kochano! kochają! Tymi słowami list wolę zakończyć, żeby mi żadna inna myśl ich wrażenia nie zwiała — tylko będzie to dalszym ciągiem, jeśli ode mnie ojcu świąt dobrych powinszujesz — siostry uściskasz i jeszcze drugi raz uściskasz — a dobrym znajomym pozdrowienie złożysz.
LXX
[Pszczonów 1866] 31 grudnia
Moja pani plenipotentko — nie mogłam prędzej odpisać, chyba istotnie telegrafem, do którego przy takiej zimnej porze umyślnego wysyłać mi się nie chciało. Wczoraj wieczorem dopiero przyszło twoje wezwanie, dzisiaj w południe odchodzi moje upoważnienie, żebyś dała, jaką zechcesz, fotografię dla pana Ambrożego156, już przez to samo, że z Krakowa rodem i współmieszczaninem Juluty mojej kochanej — i że tak długo żyje na świecie — a też gdyby mi kazano sonatę skomponować, to bym próbowała, jeśliby tylko chodziło o zrobienie „przyjemności” człowiekowi, który żył poczciwie a długo. Ty tego nie rozumiesz, Wando, lecz ja wiem najlepiej, co to znaczyć może.
W niedzielę wieczorem, „przy sygarze”, czytałam odebrany jak na dobranoc list Seweryna. Wczoraj z rana trochę się z jego broszurką certowałam — dwa miejsca aż zadrapnęłam na znak, lecz dalszego ciągu czekam i mam nadzieję, że nie piśmiennie o nim się rozmówimy.
Tylkoż nie myśl, że zaraz po Świętach na karnawał przyjadę. Jeszcze niczego nie skończyłam. Idzie tylko o to, że gdy się przekonam, iż o wszystkim zapomniałam, to już nie będzie przyczyny, bym w domu siedziała, tym bardziej kiedy Polcia życzyłaby sobie mego współudziału w wyborze nauczyciela dla Lutka i Kazia. Czy pan Seweryn w takiej ewentualności nie mógłby mi dopomóc? No jeszcze cię muszę uściskać, choć wołają, że obiad stygnie — dopełnij sobie konceptem, że przyjaźń nie zastyga.
To gorzej, że posłaniec może ziębnie.
Dziś ostatni dzień roku.
Czy pamiętasz?