Co się z waszym zdrowiem dzieje — wy wszystkie chore moje? Zima nie chce ustąpić, jak gdyby się i ona na poczciwych ludzi uwzięła. Tobie pewnie jeszcze nie pozwalają wychodzić. Co by to zrobić z tym słońcem majowym i z tą Wandą moją?

Bardzo mię to zabawiło, że w Produkcji Literackiej na drugiej kolumnie zaraz domyśliłam się autora, chociaż nazwisko dopiero przy końcu artykułu umieszczone było. Zdrowo i poczciwie napisane; ale cóż na to powiesz, moja droga? nie katechizmowy dogmat. Miałabym wielką ochotę... Może dlatego, że nie dokłamałam w życiu autentycznym tyle, ile wszelki ludzki organizm kłamać potrzebuje, nadzwyczaj lubię dopuszczać się różnych kłamstw literackich, za mistyfikacją przepadam. Tobie już żadnej roli w żadnej nie dałabym do odegrania, bo jesteś najniezręczniejsza mistyfikatorka, ale zdaje mi się, że Zosia214 ze swoją niby zaspaną minką doskonale by to przeprowadziła. Gdyby np. wniosła na serio przed autora projekt ograniczenia prasy dziennikarskiej — po co arkuszowe co dzień gazety? esencja telegraficznych wiadomości i co tydzień, co miesiąc nawet, rozumowany przegląd ogólny ubiegłych wypadków, a potem zredukowanie widowisk teatralnych do arcydzieł tendencyjnych — koniecznie arcydzieł i koniecznie tendencyjnych. Które by to? Zdaje się, że Rasyna moralniejsze od Szekspirowskich itp.

LXXXVIII

[Pszczonów] 31 maja 1867

Kiedy wyjeżdżasz do Julci? i czy istotnie masz zamiar przed wyjechaniem do Tomaszowa się wybrać? Z tą chorobą na drugim piętrze, po takiej zimie szkaradnej, dłuższy pobyt w Warszawie jest mi dla ciebie wcale niepotrzebny. Chociaż się zdaje, że smutek i wiadomość o nieuchronnym nieszczęściu wszędzie jednakowo duszę przygnębia, to jednak widok sam cierpienia, zbiór wszystkich owych szczegółów bolesnych, z których każda strata się składa, jest zupełnie dodatkowo, fizycznie na zdrowie szkodliwy. Gdybym była Zosią i Manią, to bym cię zaraz z domu wyprawiła, zwłaszcza że dni tak piękne i ani za chłodne, ani za gorące. Prawdziwe dni do podróży. Kochana ciocia Markiewicz zawsze, lecz tym bardziej dzisiaj, za to, że cię do siebie zaprasza! Wybierz się tylko, a niezawodnie i ja się wkrótce u was zjawię. Właśnie zaczynają się lub, właściwiej mówiąc, od Wielkiej Nocy zaczęte, rozszerzają w dalsze koła wędrówki rodzinne. W przyszłym tygodniu Kornelia z mężem wraca w Augustowskie, a za kilka lub kilkanaście dni Witeczka ze swoim Lutkiem tąż samą puszcza się drogą. Nic a nic nie będę miała do roboty. No cóż, Wando? jakie tam trudności i niepodobieństwa wyekstraktujesz przeciw mojemu projektowi? Teraz na przyjazd Seweryna ja stąd nie mogłabym się wybrać, a nawet gdybym mogła, to bym może nie w porę do Tomaszowa trafiła. Najpewniej Seweryn krótko tylko się zatrzyma — po tak dalekich kilkomiesięcznych wycieczkach, najbliższe sobie kółko rodzinne, będzie i najszczęśliwszym także, gdy samo w sobie się zamknie. Osoby z zewnętrznego świata, jakkolwiek nawet kochane i cenione, przeszkadzają wtedy. Chciałabym jednak wiedzieć, którego dnia i którym pociągiem przez Skierniewice nasz podróżnik będzie się przesuwał. Pociąg się zatrzymuje kilkanaście minut, kto wie, czy bym z powitaniem nie pośpieszyła. W każdym razie złożę u ciebie list dla niego — aby mię wspomniał i miał między najżyczliwszymi, taką na chwilę powrotu, jaką z nim byłam w chwilach pożegnania — to jest, nie zupełnie taką — bo jeszcze życzliwszą, jeszcze „osobiściej” potrzebującą, żeby mu się dobrze na świecie wiodło. Miałam list od niego, już w odpowiedzi na ten, który po Świętach wysłałam. Spodziewam się, że tyle przynajmniej sensu jest w biografiach jednostek, iż mu się kiedyś czym bardzo pięknym i dobrym życie za to wypłaci.

A teraz powiem ci, Wando, że list twój z upoważnieniem i wieloma innymi kwestiami wczoraj przed samym obiadem wręczonym został. Po obiedzie natychmiast rozerwałam pieczątkę, wysunęłam papiery i zaczęłam czytać. W niczym a w niczym nie omyliłam się co do ich skuteczności na moje usposobienie. Gdybyś przy mnie była siedziała, to bym cię bez litości zapędziła do pióra i musiałabyś tu jedno zdarzenie opisać, tam okoliczności więcej nagromadzić, tam rozdział na inny ton nastroić — a tamten w uderzonym już tonie utrzymać. Słowem, całe poobiedzie „komponowałam” z tobą do współki — chociaż wiedziałam, że to wszystko i tak było pod przymusem215 pisane. Gdybym się czuła w trochę więcej stylowej werwie, to bym cię poprosiła o zwrot mojego schematu, a później z twoich różnych ustępów i z tych, które jeszcze w zimie na twój rachunek przygotowywałam, zobaczyłabyś, co by to się za mozaika ukleiła. Jestem wprawdzie skromna bardzo, ale na ten raz myślę, że wyrównałybyśmy przynajmniej Kraszewskiego Żelidze, Majorowi itp. a przeszły Maleszewskiego216 bez Boga.

Szczęściem czy nieszczęściem dla literatury ojczystej, nie jestem wcale przy talencie, ani przy słowie. Nawet do listu trudno mi dobrać takiego, jak bym sobie życzyła. W tej fazie przytępiałości umysłowej, nie chcę zaczepiać drażliwej kwestii, na którą mię wyzywasz i analizować uczucia twego, kiedyć217 ostatecznie bardzo za nie Panu Bogu najpierwej (jak to ludzie mawiają), a potem tobie wdzięczną być powinnam. Nie lękaj się w takich sprawach szczerego wypowiedzenia swoich przekonań i pretensyj, nigdy ze mną odwleczone nie uciecze. Jest to nieuchylone fatum mojej natury; więcej mi nieraz nabruździło w życiu niż pomogło, ale się spod niego uchylić niepodobna. Przyjdzie więc i na ciebie kolej, doczekasz się mnóstwa moich obserwacyj. Ciekawam tylko, jak na ciebie działa to zastrzeżenie moje. Czy ci się zdaje, że moje obserwacje znaczą plus czy minus?

A teraz kwestia Filipiny i pieniędzy. Znowu ci muszę powiedzieć, że dzieciak jesteś. Samo przypuszczenie, jakobym ja się żenowała redakcyjnych pieniędzy, jest sublimum dzieciństwa mojej rozmarzonej, za bawialne pokoje nigdy niewychodzącej Wandeczki. Czy ty myślałaś kiedy, że ja kapitalistką jestem et que je vis de mes rentes?... Ale tutaj inna kwestia. Redakcja ma prawo nie przyjąć artykułu; nie ma prawa, bez wspólnego porozumienia się, zmienić ani pół sylaby. To jest szkaradny barbarzyński despotyzm, na nieszczęście bardzo u nas rozpowszechniony. Za granicą wytoczono by proces i raz drugi opłacone koszta przytarłyby rogów samowładcom; tutaj jest ogólna apatia tak wielka, że nikt nie umie „swego prawa dopilnować”. Otóż, trzeba ci wiedzieć, że uważam za jeden z obowiązków obywatelskich „umieć swego prawa dopilnować”. Ile razy tego nie zrobię, zawsze nawymyślam sobie, że jestem niedołężna itp. domyśl się różnych synonimów niedołęstwa. Kiedy onego czasu Wójcicki w „Bibliotece” zmienił mi tytuł artykułu i zakończenie obciął, bardzo surowo się o to upomniałam, lecz, jak widać, nie dosyć głośno, kiedy przy drugiej sposobności coś takiego samego się zdarza. Nie Ilnickiej to sprawka; gdybym wiedziała, że jej, to najpierw dla mnie samej nabrałaby innego znaczenia. Ilnicka zrobiłaby to w najlepszej wierze przez nieoględność prawną; lecz pan Ale... Kraj... ma dość praktyczności i stosunkowości, aby wiedzieć do gruntu, co taka drobnostka w treści swojej znaczy. Sybirski papież, chociaż w granicach Europy od dziesięciu lat mieszkający, nie może się ze swej nieomylności wyleczyć; kiedy więc mogę homeopatyczną kruszyną lekarstwa się przysłużyć — czemu nie? Jakkolwiek trzynastoma rublami nie pogardzałabym nigdy i tobie złego nie dawała przykładu, jednak zdaje mi się, że mogę sobie i tobie sprawić za nie maleńkie dla papieża (niesłusznie go tak koledzy nazwali, gdyż, zważywszy miejscowość promocji, powinien być raczej za Dalaj-Lamę uważany — co i nam względem niego rozwiąże sumienia), mogę sprawić maleńkie „zaintrygowanie”, jedna mię tylko rzecz mąci — wzgląd na Ilnicką; jej rzeczywiście nie chciałabym ani maleńkiej, ani najmniejszej nawet zrobić przykrości; lecz pewna jestem, że się w niczym do poprawek nie przyczyniła. Wszakże sama kazała ci powiedzieć, iż artykuł panu Ale[ksandrowi Krajewskiemu] natychmiast oddany został.

LXXXIX

[Pszczonów] Drugi dzień Zielonych Świątek 1867