Jeszcze przed muzyką, o szarej godzinie, odbyliśmy daleki spacer do lasu. Ja się ze Stasiem pod rękę prowadziłam i to był początek pierwszej naszej osobistszej rozmowy. Początek dopiero; jeszcześmy się do siebie nie nauczyli gadać; ale zdaje mi się, iż wiemy, że mamy sobie coś do powiedzenia. Ja przynajmniej wiem i chciałabym kiedyś Stasia tak słyszeć, jak on sam z sobą myśli — ma się rozumieć w podzielnych przedmiotach. Sama nawzajem chciałabym zapomnieć, że on może mnie usłyszeć inaczej; bo te niepewności, komentarze, to strasznie utrudniają stosunek; ale niech no jeszcze ze dwa razy tak na dłużej się zbierzemy! Były żale na twoją idealistyczność; nb. ja wniosłam — potem o liście, który Staś do mnie prawie z wyrzutami napisał za to, że jego położenie ¾ szczęścia nazwałam. Miałabyś tych szczegółów więcej, gdybym zaraz po powrocie do pisania zasiadła, lecz się jeszcze kiedyś odnajdą. Nazajutrz już do dłuższej rozmowy nie przyszło; ledwo żeśmy się z Manią na godzinkę osobności wymknęły i przeczytały tłumaczenie angielskiej powiastki, które według mej rady przedsięwzięła. Udało się jej daleko lepiej niż na początek przygotowaną byłam; pomyśl tylko, że angielszczyzna nie jest takim chlebem powszednim dla niej jak niemczyzna dla Stasia. Wizyta pana Beni przerwała nasze posiedzenie. Trzeba też było z Manią na krótką chwilkę do państwa Langer się wybrać; później obiad, później pożegnanie, później jeszcze droga z Ludką i Edwardem. Nawiasem wspomnę, że nigdy nie spotykałam takiej ucywilizowanej grzeczności w wagonach jak teraz, kiedy Lutka koło mnie siedziała. Rozstaliśmy się w Skierniewicach, gdzie był Skimb[orowicz] do Dębowej Góry jadący także. Ciągle się dopytywał, kto z Kapl[ińskim] jechał i był przekonany, że go mistyfikuję, jak mu powiedziałam to moja znajoma, matka czworga dzieci. Ale ja sobie pozwalam na różne poboczne ustępy, choć postanowiłam, że tylko regestr zdarzeń ci prześlę. Doczytasz się czegoś zupełnie niespodziewanego; ale miejmy na baczności chronologię. Nazajutrz po powrocie z Tomaszowa, wszyscy całym Dębogórskim dworem głównie na intencję pani Julii wybraliśmy się do dwóch dziś jeszcze ciekawych, a dawniej znakomitych miejsc, do Nieborowa i Arkadii.

31 sierpnia, sobota. Zawołano mię na kawę, gdy o Arkadii wczoraj pisać miałam. Nie bardzo lubię ten arabski napój, jednakże czasem, z wielką ilością dobrej śmietanki. Zresztą w post na umartwienie poszłam; a gdy już wypiłam, wzięłyśmy się z Julią pod ręce i zaczęłyśmy obchodzić do koła wielki klomb dziedzińcowy. Blisko bramy widzimy kogoś niosącego worek pocztowy; upędzam się, żeby mnie był najpierwej w ręce oddany! Julia mi wróży: „No, już co dzisiaj to pewnie list od Wandy będzie”. I list od Wandy był, ale tylko się go dotknęłam... Powiadają, że wprawni urzędnicy pocztowi za pierwszym ujęciem koperty poczują, kiedy są w niej kontrabandą zapieczętowane pieniądze; ja, Wando, poczułam, że w tym liście jest pewien niedobór, że właśnie nie ma moich oczekiwanych, moich wymaganych czy jak tam, moich przywłaszczonych sobie pieniędzy. Usiadłam na boku i czytam. Pominąwszy, że list o całą połowę krótszy niż zwykle (mnie się trzech ćwiartek chciało, a było półtory), jeszcze nie wiem, za co mię w nim kilka razy takimi ciężkimi kamykami uderzyłaś? „Żałowałam prośby natychmiastowego odpisu — zdaje mi się, że ten przymus był pani niemiłym i że pani napisała li tylko przez jakiś obowiązek sumienia”... Co to wszystko ma znaczyć? Niech mię diabli porwą, jeśli kiedy w życiu moim cokolwiek mogłam pod niemiłym przymusem napisać! Wolno mi było niegdyś kląć w Pogance, toć i teraz mi nie zabronisz — a lżej mi, że zaklęłam. Ja sobie takie iluminacje zapalałam koło obrazka twojej radości, gdy prędko list odbierzesz, gdy się dowiesz, że do Toma[szowa] pojechałam, a nade wszystko gdy przekonasz, że mi w tym było dodatnią cząstką ochoty spełnienia rozporządzeń twoich! Aż zamian radości i uścisku, który tak umiesz żywcem w liście przesyłać, dostało mi się piórem twoim po palcach. Umiem po trochu wytłumaczyć sobie rozżalenie twoje — istotnie Staś powinien był od dawna już napisać i sama widzisz, że wczoraj jeszcze pewna byłam, że napisał; lecz czemuż ja mam za jego milczenie strof płacić? Wiem, że jest zdrów, choć bardzo, bardzo zajęty, gdyż znów cholera w jego okolicy pojawiać się zaczyna i Skierniewic nawet doszła. Wiem, że mi wspominał, jak ciężko mu pisywać, kiedy żadnym weselszym słowem odezwać się nie może, kiedy mu przyszłość coraz bardziej ciemnieje (n.b. nieprawda — przyszłość mu jaśnieje właśnie — sama dalej się przekonasz — imię jego się rozgłasza — tylko on tak mówił i tak czuł w danej chwili). Z tym wszystkim i pomimo wszystkiego, powinien był napisać. Nie bronię go, niech się sam broni; tylko spod odpowiedzialności moją osobę usuwam. Był też drugi pocisk w twym liście „o opatrznej i egoistycznej ciekawości, której nie mam dla ciebie”. Niech ci proboszcz ludzimirski ten grzech na spowiedzi zatrzyma! Był i trzeci, o tym, że nie umiesz tak czytać poezji, jak ja słuchać bym pragnęła, i tam dalej, wiele innych rzeczy. Ten trzeci, z powodu okoliczności łagodzących niech ci odpuszczonym będzie. Jeśli ci się markotno zrobiło, że cię nie wzięłam z sobą do żółtego pokoju, to masz prawo się upominać, a ja mam prawo objaśnić cię, że mi zostałaś w ogrodzie nad rzeką i nie chciałam cię stamtąd wywabiać... Lecz dość tego procesu; gdybym się na wodzy nie trzymała, to by resztę listu zaległ albo resztę czasu przynajmniej do odejścia okazji na pocztę. Więc wracaj do chronologii. W sobotę po 15 sierpnia przez cały dzień obchodziliśmy te miejsca i mogę się pochwalić, że także bez zmęczenia. Nawet Julia, jak wasza Zosia, krzepko się trzymała. Prawda, iż nie skakałyśmy po ścieżkach, którymi gemzy chodzą; na nasze jednak stosunkowe lata i siły pochwała się należy. A co w Nieborowie — co w Arkadii? Już nie to, co pani Hoffmanowa opisywała; jest przecież w pierwszej cała atmosfera wonią pomarańcz zaprawna; byłabym ją chciała w wielkiej bani kryształowej Sewerynowi posłać. W Arkadii jest jeszcze pewna quasi-świątynia z białymi wewnątrz posągami; jedno więc przy drugim, można by piosenkę Goethego powtórzyć: „Ach tam, o moja miła”... Kto wie, czy na przyszły rok... nonsens na przyszły rok się oglądać; dalej chronologia.

W niedzielę przyjechali państwo Feliksowie Grodzińscy i pokazali mi bilety na kolej żelazną do Paryża, tam i z powrotem, jeden po 47 rubli. W głowie mi się zakręciło — wychodzę do drugiego pokoju i mówię Julii: „O Julio! mam właśnie w ręku trochę więcej niż 47 rubli! mogłabym się jeszcze ostatni raz w życiu z Erazmem zobaczyć!...”. Domyślasz się, że Julia przyklasnęła i energicznie, sybillińsko zawyrokowała: „Jedź”. Wątpliwości — rachunki — projekta — znów wątpliwości — skrupuły sumienia — było tego całe 24 godzin — aż na koniec stanęło, że pojadę — we wtorek pan Leon i Skimb[orowicz] jechali do Warszawy, przyrzekli, że mi się paszportu wystarają; w piątek pan Leon wraca i powiada, że dla uzyskania paszportu muszę koniecznie sama osobiście choć na krótki czas do Warszawy jechać. Znowu pieniężne rachunki, ale Polcia wszystko ułatwia: jadę w niedzielę, trafiam na Ludki imieniny — w poniedziałek widzę się z Sewerynem — a nie mogę zobaczyć z rządcą. Zamiast jednego dnia, siedzę trzy dni w Warszawie; na koniec wyjeżdżam we czwartek — na Foksalu żegnam się z Polcią i panem Leonem, którzy mię w Paryżu powitać obiecują. Wracam do domu, trochę mniej zarozumiała w siły podróżne, ale, po wielu jeszcze wahaniach, zdecydowana do wyjazdu. I cóż ty na to? Gdyby mi paszport z Warszawy dość prędko nadesłano, to bym w tę nadchodzącą środę zaraz wyjechała, odpoczęła dzień w Berlinie, i dalej jednym ciągiem już w sobotę do Paryża przybyła. Ale to już nie ode mnie zależy! Seweryn podjął się bardzo prędko przez biuro oberpolicmajstra tę sprawę przeprowadzić, a ja na to przystałam, bo chcę, żebym i jemu wdzięczną być mogła w jakiejś cząsteczce za tę wycieczkę moją. Jest to bo coś dziwnego, możliwość, podróż, odwaga do jej odbycia — wszystko to mię w dawną moją mistyczną przeszłość przerzuca. Zdaje mi się, że to brat mię tak ciągnie ku sobie siłą tęschnoty swojej i upragnieniem; przynajmniej nigdy listy jego tak wołające nie były. Nigdy! On umie być stoikiem; a w tym czasie tak się dopomina mego przybycia; ile razy mu odpisywałam, że nie, tyle razy on swoje powtarzał: „wierzę w to, że przyjedziesz” — i kiedy wyjazd mój pierwszy raz był zdecydowany, znów list jego nadszedł z tymi samymi słowy. A jeszcze dla podniesienia mistycznego kolorytu, donosi mi, że nie sam jeden, lecz razem we dwóch z Marcelim238 mię czeka. Musiał go przekupić Marceli, że go tak do współki czekania przypuścił, bo on względem mnie jednej trochę zazdrosnym bywa.

N.B. W czasie mojej warszawskiej wizyty były aż dwa listy z Tomaszowa do Edwardów K[aplińskich] — jeden z powinszowaniem dla Ludki, drugi o jakiś sprawunek; więc mogę zaręczyć, że tam zdrowi. Seweryn był zdrów także — ale zima! zima! Mówił mi o liście, który do niego pisałaś i podziwiał wasz tak zwany przez niego forsowny marsz napoleoński trzynastogodzinny — szczególniej w admiracji nad Zosią. Żebyś wiedziała, jak nie miałam czasu, a raczej Seweryn nie miał czasu na dłuższą rozmowę. Jednego dnia z rana, drugi raz wieczorem i to przerwano, ale na później dalsze szczegóły.

Uściskaj siostry, a pisz tutaj, żebym za powrotem list twój lepszy zastała na powitanie. Od Julii uścisk do Kazi, adres przez Warszawę, Tłuszcz w Obrębie. Co to znowu te fluksje Julci, niech ją zęby nie bolą, daję rozkaz duchom powietrznym, niech go w Tatry niosą.

XCVI

20 września 1867 — pierwszy dzień pobytu mego w Rheims

Jeśli ci się zdaje, moja Wando, że mi za tobą i za listami twoimi nie tęschno, to się bardzo mylisz — gorzej nawet niż mylisz, bo grzeszysz przeciw prawdzie serca i rozumu. Na ten raz, nic więcej nie mam do powiedzenia; to mi było najważniejsze i najpilniejsze.

Bądź zdrowa.

Gdybym wiedziała z pewnością, gdzie jesteś, to bym list napisała; ale że nie wiem, karteczkę tylko Julii powierzam i zamawiam sobie, żebym przynajmniej w Dębowej czekający na mnie list twój zastała.