Nazajutrz. Gdy ostatnie słowo pisałam, przyszedł służący z oznajmieniem, że już państwo do stołu siadają, a ja nie byłam jeszcze ubraną! co prędzej musiałam pióro rzucić, ogarnąć się trochę i pójść do drugiego dworu na obiad. Zostałam już tam aż do wieczora, co mi szczęśliwie może wypadło, bo sobie przypominam, że owo zdradzieckie „dotychczas” miało rozpocząć szereg regestrowy wiadomych tobie rzeczy, od których według wszelkiego podobieństwa pióro do niewiadomych by się ześlizgnęło. Byłam w jakimś rozpaczliwej szczerości usposobieniu; potrzebowałam jak dewotka wygadać się o sobie, a to na nic by ci się nie zdało, przeciwnie nawet, lepiej zrobisz, gdy w Mani rozpatrywać się będziesz. Co to za bogate bezcenne serduszko, kiedy w takich chwilach zdawać jej się może jeszcze, że byłabym jej potrzebna, lub że moje współczucie radosne cośkolwiek do jej szczęścia przydać jest zdolne. Prawda, że chwile podobne to chwile skarbów Golkondy, diamentów na podarunki starczy; ale się daje zwykle dobroć, przebaczenie wspaniałomyślne, artystyczny obraz własnego szczęścia; dać jeszcze słówko, myśl tęschnoty za kim, to wiele, bardzo wiele. Marynia znalazła sposób w swojej karteczce maleńkiej wszystko prawie dla mnie napisać, nie wyłączając prawie tego, co o panu Władysławie254 pisała. Jeśli to zrobiła li przez dobroć, muszę ją wyłajać, bo się nie godzi: powinna pisać do mnie, ale dla pana Władysława tylko; przypuszczam jednak, że to raczej brak wprawy — może pierwsze jakieś zadziwienie ducha własnego wśród mnóstwa nowości, które ze wszech stron do niego zstępują — nie może się zreasumować ze wszystkim. Według tego, co mi o niej pisałaś, miłość człowieka prawdziwie godnego miłości surpryzą wpadła w jej życie — niekoniecznie w serce, ale w życie. Serce mogło od dawna wzbierać różnymi sympatiami dla tego „pana, co patrzył tak rozumnie” i tak doskonale umiał słuchać muzyki. Z tym wszystkim, przy różnych wpływach dobrego wychowania, przy różnych pojęciach o godności kobiecej, wyobrażam sobie, że jej nawet na myśl nie przyszło, by się w nim zakochać mogła — gdy z dnia na dzień dowiaduje się, że kochaną jest. Ale ja sobie fantastyczne studium układam z bezzasadnych domysłów; z tego oto, że Marynia napisała do mnie tak poczciwie i serdecznie, jak tego pewnie warta nie jestem, jak nigdy od niej spodziewać się nie miałam prawa. Od ciebie, to co innego; wmówiłaś już we mnie wiele rzeczy i wielu rzeczom dziwić się przestałam; chociaż jest pewna ewentualność, która mię zawsze w nieufności trzyma. Czy Julcia na ślub przyjedzie? Juścić zapewne, lecz powinna z p. Adolfem i dziećmi przyjechać, a może zostać aż do lata, póki ty się z nią w swoje najzdrowsze góry nie wybierzesz. Potem, potem, Wandeczko, — bawię się w projekta. Rózia pisała mi, że się z synami do Krakowa wybiera; Marceli pisał, że ma nadzieję stanowczo osiąść w Galicji, gdyby choć na kilka tygodni udało się i sąsiadowi jego, memu Erazmowi, sposobność odwiedzin w tej okolicy wyrobić — to cóż? pojechałybyśmy razem. Byłabym u Julci, widziałabym Tatry i co rano na dzień dobry, co wieczór na dobranoc upieściłabym moją Wandę, a w południe lub przedpołudniem zasadziłabym ją do pisania — pod przymusem. Niemiła perspektywa dla ciebie, lecz mnie na te wichry szkaradne zastępuje brak książek i wielu innych drobiazgów. Odebrałam Macauleya z pana Kwietn[iewskiego] podpisem; prócz dwóch ustępów, inne znałam w tłumaczeniu jeszcze podobno za życia autora. Drugi raz przecież w oryginale przeczytać nie zaszkodzi. Wyborny to pisarz, ale ciekawa jestem, czemu nie dość dla mnie sympatyczny jako człowiek. Mówię „ciekawam”, bo pisze takie rzeczy, na które zgadzam się zupełnie, przyczyny zatem jeszcze nie doszłam.
Wszystkich swoich pozdrów serdecznie, pamiętaj, a Seweryna patrona winszująco życząco przy pierwszym spotkaniu przywitaj na moje imię.
Czy jest kontent ze swego patroństwa?
CVIII
16 lutego 1868, Dębowa Góra
Jest okazja do Warszawy, zwracam pożyczonego mi Macauleya, odczytałam go z przyjemnością, bo przy moim talencie zapominania wiele się nowych znalazło rzeczy. Nie jestem pewna, czy będziesz miała czas jakim nowym zasiłkiem mię wesprzeć, ale, jeśli dotrwasz w projekcie i na Elektoralnej składać dla mnie będziesz zapasy, to w każdym razie dobrze na tym wyjdę. Spieszę się, więc nie mogę dzisiaj pisać dłużej, tylko tak ogółowo ci powiem, że farsa z odpieczętowanymi listami nie zdaje mi się wynikiem przypadku, jest w tym jakaś osobista malwolencja. Do tego stopnia jestem podejrzliwa, że łzy i zaklinania się służącej wcale mnie nie przekonywają, owszem, zdaje mi się tym bardziej podobną do prawdy rzeczą, iż list osobiście z ręki do ręki komuś oddać musiała. Wszak już kiedyś spotkała was jakaś anonima — grzeczna niby — aleć zawsze anonima, zawsze coś podłego, więc i teraz. Gdybym się nie obawiała, że mię o manię antykapucyńską posądzą, to bym głośno przyznała, iż takie sposobiki są w ich metodzie dość często używane; lecz ponieważ Ignacy bardzo mię z mego księżo-wstrętu wyśmiewa, nie powiem tego głośno nikomu, tylko tobie po cichu, dla pociechy nawet. Błotniste klapotanie studentów koło nazwiska pana Kwietniewskiego byłoby rzeczywiście nie najszkodliwszą, ale najprzykrzejszą rzeczą, od tego zdaje się właśnie syngeltonostwo anonima zabezpieczać, więc i nie ma o co zresztą się kłopotać. Jakiż ujemny nieprzyjaciel!... rzecz powieściowa, w życiu nie więcej znaczy jak prosty i codzienny wypadek. Alboż ty sobie kiedykolwiek obiecywałaś, moja Wando, że przejdziesz świat bez cudzej niechęci? Jeden szczeknie, drugi ugryzie, byle krew zdrowa, to się rana nie jątrzy i goi; kto by na podobne rzeczy uważał! Powiedz mi lepiej, kto to z tobą o Gabrielli tak pochlebnie rozmawiał; nadzwyczajnie teraz potrzebuję des stimulants, choćby próżności; może się do Marynki wrócę, bo mam zachwycająco spokojne, tj. ciche ranki. Spokojne nie są one koniecznie; miałam za dużo czasu do rozmyślań i wspomnień. Całe życie moje stanęło mi znowu pod znakiem zapytania, dlatego i do ciebie nawet ostatnią razą o zapytaniach pisałam. Ale to przejdzie. Nie lubię formy pytającej, nie lubię nawet zaufania w kształcie odpowiedzi, wolę zawsze czekać na proste powieściowe usposobienie. Strasznie to niezręczna sylaba: „Czy?”... Wyobraź sobie tylko, jakby śmiesznie wyglądało, gdybym kogo — dajmy na to Seweryna, bo juścić najwięcej może chodzi mi o jasny, wszechwiedny, osobisty z nim stosunek — gdybym tedy Seweryna zapytała — „Czy pan się w kim kocha?” — albo on mnie: „czy pani się w kim kochała?”. Swoją drogą, dobrze wiedzieć i takie rzeczy o sobie; ale bez pytań. Muszę się zupełnie od pytań odzwyczaić; czasem, że jestem bardzo ciekawa, to mię skuszą, lecz wolę inaczej radzić sobie, nie mówiąc, że jestem trochę tchórzem żywotnym — bo i to tkwi w głębi. Z tchórzostwa, z obawy sprawienia przykrości, cofam się przed wielu „czy”, które bym moim ukochanym postawić chciała. No, żegnaj na dzisiaj — trzeba się śpieszyć. Siostry uściskaj, Manię pozdrów na intencję p. Kwie[tniewskiego], którego jeszcze pozdrawiać mi nie wypada. Ojcu najżyczliwsze moje słowa, w tych dobrych chwilach jego życia, bo musi przecież mieć teraz dobre chwile!
CIX
[Warszawa] Bez daty
Moja Wando, nic się o mnie nie dopytujesz, a ja ciebie potrzebuję. Najpierwej musisz się także zakręcić w moich kłopotach i posłać przez kogo ten telegraf, a jak przyjdziesz, to ci powiem, czemu sama, chociaż chciałam, odnieść nie mogę.
Wszystkim u was dzień dobry — N.