14 kwietnia 1869, Dębowa Góra
Dopominasz się długiego listu, moja Wando najserdeczniejsza, a ja, zaczynając dziś wreszcie, nic jeszcze nie wiem, czy długi napiszę. Straszliwie niepiśmienne usposobienie mię ogarnęło. Gdyby nasz kochany Edward dokładniej był spamiętał, co mu dla ciebie przekazałam, to byś już wiedziała, że dlatego jedynie papierów ci nie odsyłam. Wszystkie mię doszły, bądź spokojna, i drugi tom, i owe siedem arkuszy przez panią Lewińską, tylko że chciałaś, bym w pierwszych tłumaczenie wierszy ogładziła trochę, więc je zatrzymałam na jakąś chwilę sposobniejszą. Tobie się pewnie zdaje, że byle trochę dobrej chęci, to wszystko zawsze zrobić bym mogła. Najlepsze i najdawniejsze moje przyjaciółki mają to samo wyobrażenie — Julia, nawet Julia, która po kilkoletnim spólnym zamieszkaniu mogłaby znać przecież różne arkany nieszczęśliwej mojej organizacji, wyraźnie pisze w ostatnim liście swoim, „że, czytając moje tłumaczenie Hejnego, pomyślała sobie, iż znalazłabym formę piękną i dla innego autora”. Istotnie na zewnątrz może się tak wydawać, ja sama pewnie inaczej bym o kim drugim nie sądziła z pozoru; a jednak ze mną jest inaczej. Z upokorzeniem przyszłam do tego wniosku, lecz to jest faktem, że najlepsza chęć, najusilniejsza praca na nic mi się nie zda. — Pisać mogę tylko „z przypadku”. Juścić domyślam się, że ów przypadek jest wynikiem jakichś przyczyn, rezultatem jakichś okoliczności — zdrowia, powietrza lub czegoś podobnego — obserwowałam się dość bacznie pod tym względem, doszłam mniej więcej, jaką jestem, gdy pisać mogę, ale nie doszłam, w żaden sposób wyśledzić nie mogłam, jakimi sposobami sprowadzić sobie takie korzystne pisania usposobienie. Ani radość, ani smutek, ani te lub owe fizjologiczne stany, nie dały się nieomylnie w skutek z góry zamierzony przeprowadzić. Ot, po prostu, jest w mózgu niby jakaś zasuwka; jak się odsunie, to dobrze; a jak się zasunie, to ni anioł, ni diabeł nie poradzi. W czasie świąt wielkanocnych — ba i teraz nawet wyraźnie się zasunęła. Wiele, bardzo wiele byłabym dała, gdybym była mogła dobrać sobie nuty i polskich wyrazów, na to Heynego „Im Grabe Wohl” aż mię złość brała, że mi ciągle ta myśl w niemieckich wracała słowach — jednak mi niepodobnym było inaczej ją przepowiedzieć — tym bardziej, że od ciebie nawet ułatwiającego podkładu nie miałam. Trzeba ci wiedzieć, moja panienko, że jedynym periodyczniejszym dziwactwem mego „autorstwa” jest pewna twemu wpływowi zależność, nawet by ją można jako plagiat pod sądową karę w procesie podciągnąć; ale mniej więcej tak jest, że jeszcze o ile mogę co wyhaftować, to głównie na twojej kanwie — zawsze ty coś ze mnie wyciągniesz i dlatego przez Edwarda kazałam cię prosić, abyś mię nie budziła? Czy ci nie powiedział? jeśli nie, to bardzo niewierny pośrednik — gdyż istotnie skarżyłam się na twoje galwaniczne pokusy — mnie i drugich oszukują tylko. Gdyby to dawniej, to byłoby podobieństwo zawiązania rzeczywiście spółkowej pracy; ale dzisiaj, po mojej stronie wszystko się skończyło. Nie czuję, by cel jakikolwiek wart był jakiegokolwiek wysilenia; ma się rozumieć cel dla mojej osobistości — choćby i nieosobisty. Przeszłam już na odwrotną spadzistość życia — czas ubiegł, zmarniał — nie poradzę już temu i tak nawet dokładnie, tak zupełnie to czuję, że mię nawet jako nieuchronna, niecofnięta, nieodwołalna konieczność boleć przestała. Moje zmartwienia i radości moje są teraz czysto dzisiejszej, chwilowej natury; jak u zwierzątka nie obejmują całości lat ubiegłych — a zwłaszcza też nie obejmują żadnej przyszłości. Jestem niby szuler zgrany do ostatniego szeląga; może mię kto ze znajomych na bardzo smaczny obiad zaprosić, lecz ja sama nie kupię go sobie, a na kartę nie mam już co stawić. Proszę cię tylko, Wando, żebyś tym się nie gorszyła i nie martwiła tak bardzo: rzecz najzwyczajniejsza, prawidłowa i normalna według praw statystycznych. Gdyby inaczej było, to by się równą anormalnością okazało, jak gdybyś ty na przykład dla jednej odmowy, dla dwóch, choćby dla dziesięciu, ty, w pełności sił, życia i uzdolnienia swojego, założyła ręce i powiedziała sobie, że niczego już nie dokażesz. Nonsens, czy trochę łatwiej, czy trudniej, dokażesz jednak coś sobie (dla siebie, przez siebie, choćby drugim tylko szło w pożytek) zamierzyła — dokażesz; i niemniej przeto później znów powiesz, że zmarnowałaś życie — inne otworzysz rubryki — inne sumy sumować ci przyjdzie. I co tam o tym się rozwodzić! Edward powinien ci był też powiedzieć, jak mię zabawiła epopeja twoich do Anny Kra[jewskiej] odwiedzin. Widocznie masz to sobie za czyn heroiczny, że pierwsza niezaproszona i nie wprowadzona poszłaś, a rzecz opowiadasz zuchwałej wędrowniczce, która w 19-tym roku życia, sama, pod własną opieką, całą Europę wszerz przejechała287, a w twoim wieku — chyba ci już nie powiem, co robiła w twoim wieku, bo nie mogłabyś uwierzyć — tyle tylko ci powiem, że wydziwić się nie mogę, jakim cudem reputacja moja gorzej na tym nie ucierpiała. Prawda, że byłam brzydką, lecz i brzydsze jeszcze kobiety w awanturach się topią, choć pewnie więcej na gadanie ludzkie zważają; ja zaś nie miałam prawie zmysłu, władzy moralnej na to, co o mnie mówili; a gdy szło jeszcze o jakąśkolwiek powinność, choćby o przynależną mi radość, nie mogłam zrozumieć, co to jest — „konwenans”. Bo też prawdziwy, ucywilizowany konwenans zawsze tylko do ułatwienia, nie do utrudnienia stosunków służyć powinien: takie jest jego źródłosłowowe znaczenie. Ale ja ci tego ni radą nie podaję, ni przykładem nie stawiam. Już się zgodziłam na całą ciebie, ze wszystkim, jaką jesteś i nic a nic przerabiać cię nie chcę. To jest, za pozwoleniem, chciałabym jedną tylko rzecz przerobić w tobie: poczucie szczęścia życia. Nie wiem, jakiej by życzyć ingrediencji religijnego zaufania w miłości Bożej — stoickiego spokoju, sangwinistycznej swobody żuawskiej? — czego bądź zresztą, byle ci lepiej było — lepiej w tobie samej — bo to przeważna strona. Zewnętrzne okoliczności — zdarzenia, losy, wszystkie podobne historie — no, prawda, diabła warte, aleć one takie same dla każdego; są przecież niektórzy, co się z nimi jakoś sprawniej obchodzić umieją — istnie niby z ciężarami. Czy myślisz, że herkulesi jarmarczni dlatego je głównie w górę podnoszą, że mają tęgie muskuły? Nie, i dlatego, że umieją na punkt równowagi trafiać. Otóż, gdyby tobie danym było w ten punkt równowagi twoich ciężarów utrafić — tej jednej zmiany pragnęłabym w tobie. A zresztą, nawet z towarzyskiej formułkowatości i narzucanych ideałów leczyć cię nie chcę. Bo też pomyśl jeno moja Wando, jakby mi to wiele dni i tygodni dobrych przybyło, gdybyś umiała troskom jak muchom się opędzać. Najoczywiściej mam w tym własny mój interes; lecz wiem, że do tego brak ci talentu — a jak talentu brak... Ciekawam, skąd ci przyszło do tego wniosku, że mam być na ślubie Wandeczki288: raz tylko byłam na ślubie jednej mojej siostrzenicy Wituchny i nie przekonałam się wcale, żeby to do obowiązków ciotecznych należało; a zwłaszcza też względem Wandeczki, której nawet żadną a żadną cyfrą, żadnym zdarzeniem w przeszłości się nie zapisałam. Jest to najprostsza znajomość; więcej wiem o Zoni z drugiego piętra jak o Wandeczce, a to, co wiem, wcale mię nie zachęca, to, co widzę, trochę mię zraża. Gdybym się i wybrała, to więcej dla was niż dla niej, ale nie wybiorę się wcale. Do ciebie należy utwierdzać mię w tym przedsięwzięciu, żebym o niczym innym nie myślała, tylko o podróży do Julci. Bardzo wielką miałam pokusę uciec stąd zaraz po świętach, lecz ją przezwyciężyłam — a ty na mnie kamieniem ciskasz! Za Darwina bardzo ci jestem wdzięczna — od dawna już o tym myślałam tylko, żeby się z nim gdzie spotkać — nawet w ostateczności kupić chciałam — a tu mnie zaopatrujesz niespodzianie! Tylko, przy największym pośpiechu, niewiele uczytałam dotychczas, 1-o, Wikcia przywiozła go w sobotę po obiedzie, zaraz potem wszyscy z nią razem pojechaliśmy do Pszczonowa na surpryzę dla państwa Ludwikostwa, a jak ja, to i na eksportację księdza tamtejszego proboszcza, który umarł po bardzo krótkiej chorobie, a był nadzwyczaj miły i poczciwy staruszeczek — no, nie bardzoć stary, bo w wieku mojej siostry Lewińskiej, ale starszym wyglądał — więcej od niej pamiętał i dlatego zdawało się, że dawniejsze rzeczy wspominał. Było znać jeszcze na nim pijarską szkołę — Staszycowe tradycje. Nie dlatego, by jakie znakomite zasługi w parafii swojej położył, ale przynajmniej niezawodnie krzywd jej nie miał na sumieniu. Choć bardzo ściśle formy sam zachowywał, tak, że nawet surowe posty przedwielkanocne do śmierci jego się przyczyniły, nie był fanatykiem dla drugich, a raz gdy wikary jego, teraźniejszych seminariów wychowanek, zaczął na rewolucję francuską piorunować, to go z wyraźną niecierpliwością słuchał, a potem uśmiechając się, przerwał: „ot młody, młody, to głupi — rewolucja, rewolucja rewolucją, a wolność... co?...”. Podczas ostatków nasze chłopcy umyślnie dla niego powtórzyły scenę z Barbary, to się aż rozpłakał rzewnymi łzami. O tych ostatnich wypadkach nie mógł prawie mówić, tak go to wszystko bolało — tak się gryzł tym ogólnym upadkiem. I oto, jedno z drugim, lubiliśmy się oboje, choć najsprzeczniejsze wyobrażenia dzielić nas mogły. Dlatego chciałam być u niego z ostatnim choć spóźnionym pożegnaniem. Niemiłe wrażenie wyniosłam z kolekcji księży na pogrzeb przybyłych; co za fizjonomie!... i właśnie wtedy, gdy wyznanie jest prześladowanym — za główną podporę takie pogańskie kariatydy. Nie wiem, czy by się nawet Andzi Skimborowiczowej i Wicuni289 podobali... Dopytujesz mi się, czy książki z biblioteki wyjęte przydadzą mi się? Tych książek jeszcze nie odebrałam, nawet nic nie wiem o nich, ale jeśli na Marszałkowską złożone, to je może pan Leon przywiezie — a jeśli nie, to i tak będę mogła dość prędko o ich losie zasięgnąć wiadomości, bo za kilka dni wszyscy prawie — no, nie wszyscy, ale Polcia z dziećmi i może która z sióstr jadą na owe wesele. Przez nie tedy odeślę Hertę i odbiorę, co się da. Nie straciłam zupełnie nadziei o przerobieniu według twego życzenia tych wierszy, bo masz szanse za sobą; co do innych poprawek, to gdy ołówek był blisko, a papieru dość, dawałam czasem przecinki, ale w ogóle drobnostki, tylko trzeba wygładzić i pewnie przepisując sama to zrobisz. Jeśli bym mogła co zalecić, to chyba, żebyś częściej punktami dzieliła okresy. Im krótsze, tym zgodniejsze z polskim usposobieniem. I coś miałam jeszcze ci wskazać, ale nawet jeszcze mniejszej wagi np. żebyś kwartał miasta zastąpiła przez cyrkuł — nam zwyczajniejszy do użycia lub po prostu stroną miasta itp. Jak widzisz, nie osobliwości żadne ci wskazuję, tylko zawczasu kłopoczę się, że ty kłopotać się będziesz, jeśli umieszczenia dość prędko nie znajdziesz. Zdawało mi się, że już miałaś przystęp zamówiony. Ja bym dla siebie nic się tym nie agitowała — lecz mam twoją gorączkę na pamięci.
Juluta ma przyjechać pono — ale kiedy, kiedy. Czy Seweryn już wrócił?
CXXXIII
21 kwietnia 1869, Dębowa Góra
Kiedyć290 mię pochwaliłaś, że takie porządne jakby odkaligrafowane listy pisuję, więc się chcę przesadzić i twój ostatni przed sobą położywszy, kategorycznie na niego odpowiedzieć. Ach! podobno właśnie nigdy mi się to nie zdarzyło jeszcze i gdyby kiedy listy nasze w ciąg jaki się ułożyło, wcale by na „rozmowę” nie wyglądały. Co więcej nawet, zdaje mi się, że jeszcze daleko więcej w twoich jednolitości by się znalazło. Ja w pierwszej chwili, gdy czytam, na każdy ustęp coś mam do mówienia, lecz gdy później pisać zacznę, mówię najczęściej o czym innym, co mi w chwili obecnej na wrażenie pada lub co pierwej uzbierałam dla ciebie. Stąd niezawodnie musi wyniknąć, że ty do pięknej Szwajcarii saskiej podróżujesz, a ja do lasa idę. Pochwałą wszelako wielkich rzeczy dokazać można ze mną — no, nie każdą i nie od każdego — ale ty swoją dokazałaś. Na dzisiaj przynajmniej chcę jej zasługą sprostać i według punktów korespondencję moją układam. Pierwszy z rzędu istotnie treścią swoją do najważniejszych należy. Mówiąc o tej gorączce duszy, która ci życie trawi, posądzasz mię zarazem, jako bym ci przyganiać mogła, „że tak mało prawdy mojej” wzięłaś sobie na wsparcie. Tymczasem, gdybyśmy się ściśle obrachowały, to by się pokazało, że nie mojej, ale Bożej prawdy wzięłaś bez porównania więcej ode mnie — więcej nawet z tego, co ci zdawało, co ci się dziś jeszcze zdaje, że przez moją własność przeszło. Spodziewam się, że mię nie posądzasz o udaną, a choćby i nieudaną skromność; zatwierdzam ci tylko fakt statystyczny. Dawniej, gdy się w twoich listach spotkałam z takim odwrotnym, lecz zupełnie paralelnym gatunkiem „potwarzy”, to się albo rumieniłam, albo smuciłam, albo niecierpliwiłam; obecnie przyszłam już do takiego stopnia bezwstydu, że brak krytyki w twoim sądzie za konieczność duchowego procesu uważam i kiedy spokojne zastrzeżenie tuż obok położę, nic mi już sumienie nie wyrzuca — owo „delikatne”, jak je kiedyś nazwałaś, sumienie!... Dla zadosyćuczynienia przeto owemu delikatnemu sumieniu, raz ci jeszcze powtarzam, że zachęta do wytrwałości, do ciszy wewnętrznej, do radości i tym podobnych cnót i zalet najkosztowniejszych jest zaczerpnięta ze studni międzynarodowej — ze skarbu wszechświatów — a nie ze mnie. Jeśli przyznajesz mi „uznanie” jako własność — to by się dało na nas obiedwie tak samo, po ten sam strych rozmierzyć; lecz, jeśli własnością ma być zgarnięcie w osobisty charakter, posiadanie w gatunkowej naturze swojej tego, co się innym życzy i zachwala, to nie mam najmniejszego prawa do twego szacunku. Zupełnie tak jak ty, gorzej niż ty, zmełłam młodość moją na projektach, próbach, wyciąganiach rąk i tęschnotach. Różnica między nami ta jedynie może być oznaczoną, że ty masz jeszcze przed sobą czas, wielkie X tajemnicze — nadzieję, okoliczności nieprzewidziane, grunt lepiej przysposobiony pod nogami — a ja wiem o sobie i wszyscy o mnie wiedzieć mogą, że nic nie zrobiłam — że nic nie zrobię już. Suma ogólna mego życia — cztery tomiki u Jaworskiego drukowane — z tylu godzin lekcyj, z takiej gromady uczennic w Lublinie i nie Lublinie — nawet wziętości nauczycielskiej nie wypracowałam sobie. Kilka lat temu byłabym się podjęła, na najlichszych warunkach, jakie bądź miejsce guwernantki przyjąć — żadna z ukochanych moich wystarać mi się go nie mogła. W Warszawie tyle kobiet utrzymuje się z godzinnych lekcyj — siedziałam tam przez lat dziesięć i naprawdę jedne tylko Majewskie w pierwszym roku znalazłam — bo juścić nie mogę śmiało na rachunek położonego we mnie zaufania liczyć tego, co mi Julia ustąpiła, pożyczyła niejako. Wierz mi, że w darwinowskiej walce o życie, bardzo smutną rolę odgrywam; wcale sobie do najgrubszego — choćby do pokarmowego życia nie wywalczyłam miejsca. Że mam rodzinę, która z serdeczną oględnością pozoruje jakąś wymianą przysług dawane mi utrzymanie, to jest zupełnie przypadkowością tylko, a nie normalnym położeniem. Umiem ja to wszystko bardzo właściwymi nazwać sobie sylabami — pasożytność, nieradność, bezużyteczność — zajmowanie miejsca innym, odpowiedniejszym i bogatszym organizmom. Przeżywam bardzo czarne chwile — ciężko ołowiane lata — a jeśli mogę sobie w czymkolwiek oddać sprawiedliwość — to chyba w tym, że nigdy nikogo o moją biedę nie obwiniałam — że zawsze widzę, zawsze rozumiem, na mocy jakich braków wewnętrznych, taki los mi się skombinował i choćby przez sen nie zapominam o tym. Ale swoją drogą, byle mucha ugryzła lub wiatr z innej strony zawiał, potrafię szamotać się dziś jeszcze, potrafię rozpaczliwie głowę o mur rozbijać, gorzej niż ty — jako pierwej rzekłam — gorzej, bo z arytmetyczną pewnością, że to się na nic nie zda i za trzy grosze sensu nie ma. Z twoich walk jest przynajmniej gimnastyczny pożytek, siła twoja się kształci, rozwija; w moich wyczerpuje się tylko. Twój niepokój, śliczne, a niesłusznie nazwane „hejnowskie” ciekawości rodzi; mój już żadnej ciekawości nie ma — sam nawet ciekawością mi nie jest — znam go od pierwszego symptomatu do ostatniego paroksyzmu — wiem, skąd przyszedł — jaki będzie, co z nim ostatecznie zrobię — kiedy do kieszeni schowam, a kiedy z chustką od nosa wyciągnę. Nawet wstecznie nie mam lepszych dla siebie przypuszczeń. Bawię się niekiedy w podobne retrospektywne „gdyby”, lecz na dnie serca mam to marmurowe, granitowe przekonanie, że jedyne możliwe gdyby powinno się chyba w tej formułce wyrazić: „Gdybym inną była!...” Gdyby piękną, gdyby rozumniejszą, a zwłaszcza zupełnie inaczej rozumną — gdyby anielsko-dobrą — gdyby amerykańsko-rzutną, mrówczo-pracowitą!... Ale to wszystko już bardzo pośrednio tylko do odpowiedzi na pierwszą część twego listu należy; w każdym razie objaśnia ci po trochu, że mam półsiódmej wątpliwości względem tego „czym, jako mówisz, stać bym się była mogła” z różnymi dodatkowymi na korzyść moją okolicznościami. Pokój z oknem na ogród — mam go i niewiele korzyści zeń ciągnę — jednak przyznaję, że to rzecz najpewniej ulepszająca. Sto tysięcy?... piszę znak zapytania — często myślałam nad tym i doszłam do tego wyniku, że, jak dla mnie, sto tysięcy miane, odziedziczone, wygrane niegdyś na loterii, równałyby się wkrótce bardzo zeru. Przy całym obecnym poszanowaniu dla kapitału, muszę się wyspowiadać, że dawniej byłabym go straciła jeszcze prędzej, choć może nie na to samo, co mój siostrzeniec Ludwiś. Marnotrawstwo płynie mi we krwi — choć jestem skąpa — później ci to wytłumaczę — teraz jedynie powiem w przydatku, że, zmieniwszy owe sto tysięcy kapitału na sto tysięcy rocznego dochodu, jeszcze nie jestem pewna, czy bym ich w pierwszej młodości dobrze użyła; a po drugiej młodości, pewna jestem, żeby mi się z nich także nic nie zostało — tylko jest szansa, bym ja sama nie została się także. Dzisiaj co bym zrobiła, mając taki kapitał lub przychód?... Jeździłabym często do Warszawy, ale to by jeszcze niewiele na co ludzkości i Polsce się stało. Więc tedy odzyskane serce? Niech mię Bóg broni, żebym odzyskała którekolwiek ze straconych.
Wandeczko, ja ci nawet w sekrecie powiem, że, gdybym nie była potraciła tych, co sobie precz poszły, to bym obecnie wielki z nimi kłopot miała. Prócz jednego — prócz śmierci — zwróć mi wszystko, co mogłam najwyłączniej ukochać — będzie mi już strasznie niewygodnie — aż do upokorzenia prawie. Więc mąż? — ach! jaką ja bym głupią żoną była — ty nie wierzysz — lecz ja znam siebie — i mam pewność moralną, że bym wprost na podszewkę odwróciła wszystkie zasady — a jednak zmienić bym ich nie zmieniła. Tylko — ty przecież musisz rozumieć ten psychologiczny fenomen, jak to rzeczy śmiesznie wyglądają, kiedy szczerym pojęciom rzeczywistość natury nie odpowiada. Wielkie moje i twoje szczęście, że męża nie miałam. Ot, bardziej dziecka niemianego żałuję. Prawda, że dopiero teraz potrafiłabym w prawdziwie moralnym i dobrym stosunku do dziecka mego stanąć; pierwej byłabym masą najfałszywszych pedagogicznych przesądów nagrzeszyła; lecz sobie na pociechę wyobrażam, że moje dziecko wzięłoby wiele z mojej, a ma się rozumieć, tylko ulepszonej natury; byłaby to edycja poprawna. Nic mię nie zraża przykład sióstr wszystkich, choć tak głęboko jestem o prawach rodzinnej rasowości przekonana; właśnie kiedy one miały takie niektóre zdolne, niektóre poczciwe, niektóre piękne dzieci, to moje musiałoby być i zdolne, i poczciwe, i piękne zarazem, bo ja niezawodnie więcej, zupełniej tego od nich wszystkich bym pragnęła — potrzebowała — ale — ale zależałoby niemało od doboru ojca — toteż się pocieszam, że mi zawód w dziecięciu moim oszczędzony. A dalej tedy — podróże, stopień akademicki, możność pracy? — to nie są już okoliczności, to powinny być wyroby życia. Nie dlatego ich nie miałam, że nie mogłam — że nie były dla mnie — tylko po prostu, że mieć nie umiałam. Ze wszystkich dobrych rzeczy przez ciebie wyliczonych, znalazłam jedną tylko — jednej użyłam — jednej choć w części dosłużyłam się; przyjaźni idealnej i stosunków. Nie chciałabym za przeszłość i przyszłość niczego lepszego nad to, co mam; chciałabym niezawodnie sama być lepszą, więcej korzystać, częściej się radować, bliżej stanąć — ale nikogo z was, moi drodzy, najdrożsi, zmienić nie chcę, ani Juluty, ani Kazi — ani ciebie, ani Edwarda, ani nikogo, nikogo, który z moich jest! — To wszystko znaczy, moja Wando, że gdybyś mię chciała nie wiem jakimi szczęściami lekować, daremna praca — i zdaje mi się dla wielu daremna, choć człowiek dojdzie do tego, czego potrzebuje i pragnie (twoje słowa), to mu jednak źle jeszcze będzie — może dlatego, by szedł coraz, coraz dalej. A swoją drogą, ponieważ stara jestem i sama nigdzie nie doszłam, więc w pierwszej chwili czytając te wyrazy, natychmiast rzuciłam monologowy wykrzyknik: „abo to prawda, że kto doszedł kiedy”; lecz to cię do żadnej wątpliwości nie obowiązuje. Co zaś względem prawa do tworzenia swojej własnej, nowej rodziny mówisz, na to się zgadzam zupełnie. Człowiek bez rodziny, to jak ząb bez szczęki; ale cóż na to poradzić, kiedy owa rodzina musi zacząć się od męża i żony — tu zaś wchodzą w obliczenie różne inne warunki. Jakiego męża! Dlaczego męża? Na co męża? Czy najlepszego, czy najukochańszego — czy takiego jak jest — czy dla szczęścia, czy dla obowiązku, czy dla stanowiska w życiu? Czy na wspólną pracę, czy na podporę — czy na przyzwoitość? a czy nie lepiej samą zostać w smutku niż we dwoje — a czy się godzi... itp.
Pani Ilnicka dużo o tym napisała; i mnie onego czasu pisać się także chciało, tylko do stanowczego aksjomatu nie doszłam — bo, jako sama zauważyłaś, punkt wyjścia może stać się kojcem i klatką.
P. Baranowska nie napisała mi wcale, aby ją to gorszyło, że kilka wierszy Hejnego przetłumaczyłam; pochlebnie tylko zawnioskowała, że mogłabym innych sławnych autorów tłumaczyć, co jest pomyłką matematyczną, bynajmniej, o ile mi się zdaje, Hejnemu nie ubliżającą. Zupełnie podzielam twoje gusta co do orła i kolibra — łąki świeżo skoszonej i perfum paryskich — nawet mam daleko szerszą skalę od ciebie — bo ty może cenisz tylko cnoty i wdzięki — rozumy i dowcipy — a ja bardzo lubię różne niegodziwości, różne brzydoty — nawet przez jakiś czas lubiłam panią Stasiową za to, że była tak naiwnie głupią — dopiero jak się zaczęła w politykę mieszać, typ swój zepsuła.
„Im Grabe wohl” — przysłałaś mi po niemiecku kilka lat temu — mogłabyś polskie tłumaczenie przysłać. Zapewne już teraz o Sewerynie z pewnością mi co doniesiesz. Będziesz miała teraz podwójne sąsiedzkiej sprawozdawczyni obowiązki, względem mnie i względem Ilnickiej — możesz jej Samsonową podać zagadkę — gdzie z nią jestem w spółce? na której ulicy? lub coś w tym rodzaju. Domyślasz się, że list Kaufmanna jest dla mnie jakoby nie był. Zadziwiłam się tylko, że jakakolwiek literacka entrepryza może sobie o mnie przypominać. Gdybym choć aby jednej zadość uczyniła... Taka niecna ze mnie kobieta, że przyniesioną ci o Sikorskim i mojej powieści wiadomość, wzięłam po prostu za chęć powiedzenia ci czegoś przyjemnego jedynie. Jeśli się omyliłam, niech duch p. Zygmunta duchowi memu przebaczy na sądzie ostatecznym.