— Cóż to jest? — spytałem go się wreszcie.
Cyprian trochę brwi zmarszczył, siadł na brzegu łóżka, świecę jeszcze zupełniej ku twarzy mojej obrócił, ale nic nie odpowiedział.
— Cóż to jest? — powtórzyłem raz drugi.
Znowu milczał — lecz po chwili:
— O czym ci się śniło? — zagadnął mię wzajemnie.
— Nic a nic nie pamiętam — odrzekłem, gdyż tak było w istocie.
— To bardzo źle, Beniaminie — spróbuj, może przypomnisz sobie.
— Doprawdy, nie mogę ani słówka.
— A ja bym dał sobie lewą rękę po sam łokieć uciąć, żebyś mógł.
— Nie czekaj na to Cyprianie, bo się przeziębisz jeszcze. — Jak można z takim kaszlem w noc Bożego Narodzenia wstawać boso i nawet płaszcza nie zarzucić.