— Czy macie strój dawnych Greków? — strój Ateńczyków? — zagadnąłem niechcący.

— Och! są! są cudne! — wykrzyknęli oba i w ręce klasnęli.

— Są ubiory Harmodiusa i Arystogitona — ubiory świąteczne, ze sztyletami wśród wieńców bluszczowych.

— Jest ubiór mędrca Platona.

— Jest ubiór poety, zwycięzcy na olimpijskich igrzyskach.

— Jest ubiór Alcybiadesa...

Ten ostatni wyraz uderzył mię, jak gdyby własna myśl moja wyskoczyła z głowy i znów do niej cudzym chciała wrócić głosem — wrażenie było silne, lecz też przywołało wszystkie w rozmarzeniu zawieszone władze mojego umysłu.

— Nie, nie — odparłem dość prędko — nie chcę pożyczonym zbytkiem i kłamaną postacią witać miejsc tych pani — dajcie mi skromne góralskie odzienie lub w moich własnych sukniach do niej pójdę.

Skrzywił się trochę starszy chłopiec — młodszy zastanowił się przez chwilkę, ale wkrótce dość wesoło uśmiechnął.

— No, ja ci mówię, że i tak będzie mu pięknie — rzekł półgłosem do brata — i oba wrócili niezadługo z najwierniej naśladowanym — ale jakże wykwintnym strojem tatrzańskiego górala.