— To więc tak było tylko?...
— Tak, moje dziecko — lecz skądże nowe łzy w oczach?
— Z choroby i z żalu — nie pytaj mię, pani...
— I owszem, ja chcę wszystko wiedzieć — wszystko i zawsze, no, przyznaj się, chłopcze. Może się we mnie od owego wieczora szalenie pokochałeś, a widząc, żeś niekochany, chciałeś sobie życie odebrać?... ja ci tego za złe nie wezmę.
— Och! Boże! Boże! jakież domysły okropne, jakaż spokojność kamienna... Nie, nie, Cyprian skłamać musiał chyba.
— Któż to jest ów Cyprian, którego już po raz drugi wspominasz?
— Cyprian jest ten, co powiedział, co mi pokazał, że ty mię kochać będziesz...
— Dziwna rzecz, nie znam go wcale — a jednakże zaczekaj... kochać... kochać ciebie — och! czy to ja nie tego szukałam właśnie... kto wie? czemuż ja bym cię kochać nie miała?
— Kobieto! nie powtarzaj słów takich, one zabijają, zabijają!...
— A toż dlaczego Beniaminie, jeśli prawdą będą? — i nagle słońce wszystkimi promieniami zagrało po szklistości jej ciemnozielonych oczu. — Jeśli prawdą będą, jeśli ja cię ukocham — ożyję zupełnie, nowym czy też dawnym życiem — jeśli ci powiem: „Wyczerpnęłam wszystkie zbytki, uciechy i szaleństwa, przerzuciłam karty ksiąg najmędrszych, mam i znam wszystko, ale mi świata zabrakło, a przypomniałam sobie o innym świecie, o szczęściu innym — więc chcę miłości”. — Beni mój, kochaj mnie, Beni mój, ja cię kochać będę...