W czasie naszej wizyty pewne niedawne odkrycia wywołały chaos na planecie. Do tej pory uważano, że natura tych dwóch kast jest niezmienna, wynika z boskiego prawa i biologicznego dziedzictwa. Teraz jednak okazało się, że jest inaczej i że fizyczne i umysłowe różnice między klasami wynikały jedynie z wychowania. Od niepamiętnych czasów członków poszczególnych kast werbowano w bardzo ciekawy sposób. Po odkarmieniu wszystkie dzieci urodzone na sterburcie matki, niezależnie od kast rodziców, wychowywano na członków kasty panów. Wszystkie urodzone na bakburcie wychowywano na robotników. Jako że kasta panów musiała oczywiście być mniejsza niż robocza, system ten powodował znaczną nadmiarowość potencjalnych władców. Trudność tę przezwyciężano w następujący sposób — urodzone na sterburcie dzieci robotników i urodzone na bakburcie dzieci władców wychowywali ich rodzice, ale urodzone na bakburcie, potencjalnie arystokratyczne dzieci robotników w większości zabijano. Jedynie garstkę z nich wymieniano na urodzone na sterburcie dzieci władców.

Wraz z rozwojem przemysłu, coraz większą potrzebą surowców i taniej siły roboczej, rozprzestrzenianiem się wiedzy naukowej i osłabieniem wpływu religii, odkryto zdumiewający fakt, że urodzone na bakburcie dzieci obu klas, jeśli wychowa się je jako robotników, były fizycznie i mentalnie nieodróżnialne od pozostałych. Magnaci przemysłowi potrzebujący tanich macek do pracy nagle zaczęli głosić moralny sprzeciw wobec dzieciobójstwa, sugerując, aby nadmiarowe dzieci urodzone na bakburcie wychowywać na robotników. Nierozważni naukowcy dokonali niedawno jeszcze bardziej obrazoburczego odkrycia, że urodzone na sterburcie dzieci wychowywane na władców wykształcały smukłe sylwetki, wielkie żagle delikatną budowę kadłuba i arystokratyczną mentalność kasty panów. Władcy próbowali zapobiec rozprzestrzenianiu się tej wiedzy pośród robotników, ale co bardziej sentymentalni członkowie ich własnej kasty wygadali się za granicą i zaczęli głosić nową, prowokacyjną doktrynę równości społecznej.

Podczas naszej wizyty świat ten opanował chaos. Na co bardziej zacofanych oceanach nie kwestionowano dawnego porządku, ale w bardziej zaawansowanych regionach planety rozpoczęła się desperacka walka. Na pewnym wielkim archipelagu robotnicy uzyskali władzę dzięki rewolucji społecznej i ideowa, choć bezlitosna dyktatura próbowała zaplanować życie społeczeństwa tak, aby kolejne pokolenie było jednorodne, łączące najbardziej pożądane cechy obu kast. Gdzie indziej władcy przekonali robotników, że te nowe idee są fałszywe i plugawe i doprowadzą do powszechnej nędzy i niedoli. Sprytnie wzbudzano podejrzenia, że „materialistyczna nauka” jest zwodnicza i powierzchowna i że zmechanizowana cywilizacja niszczy duchowy potencjał rasy. Zręczna propaganda głosiła ideę swego rodzaju państwa korporacyjnego z politycznymi stronnictwami bakburty i sterburty, w którym władzę sprawować będzie dyktator namaszczony na to stanowisko „z bożej łaski i z woli ludu”.

Nie opiszę tu szczegółowo rozpaczliwej walki, która rozpętała się między tymi dwoma rodzajami organizacji społecznych. W globalnych kampaniach wiele przystani, wiele prądów morskich zbrukano krwią. Pod presją wojny i śmierci wszystko, co najlepsze, co najbardziej ludzkie, po obu stronach zmiażdżono pod pretekstem wyższej konieczności. Z jednej strony ideę zjednoczonego świata, w którym każda jednostka powinna żyć wolna i spełniona w służbie globalnej społeczności wypierać zaczęła żądza ukarania szpiegów, zdrajców i heretyków. Z drugiej strony, ogólnikowe i niestety nierozważne marzenia o szlachetniejszym, mniej materialistycznym życiu reakcyjni przywódcy sprytnie przekształciły w chęć zemsty na rewolucjonistach.

Wkrótce cała struktura cywilizacji legła w gruzach. Dopiero gdy rasa ta popadła w niemal podludzką dzikość, oczyszczona z szalonych tradycji chorej cywilizacji wraz z prawdziwą kulturą duch tych łodzikowców mógł wyruszyć ponownie na wielką duchową wyprawę. Wiele tysięcy lat później udało mu się osiągnąć ten wyższy poziom istnienia, o którym jeszcze opowiem na tyle, na ile będę w stanie.

VI. Ślady Sprawcy Gwiazd

Nie należy zakładać, że normalnym losem inteligentnych ras we wszechświecie jest triumf. Na razie omówiłem głównie te światy szkarłupni i łodzikowców, którym się poszczęściło i które ostatecznie osiągnęły bardziej świadomy stan, a ledwie tylko wspomniałem o setkach, tysiącach światów, na których spotkała je katastrofa. Wybór ten był nieunikniony, jako że dysponuję ograniczonym miejscem i jako że te dwa światy, razem z jeszcze dziwniejszymi, które opiszę w kolejnym rozdziale, miały mieć największy wpływ na losy całej galaktyki. Wiele innych światów „ludzkiego” poziomu miało jednak równie bogatą historię. Życie poszczególnych jednostek było na nich nie mniej zróżnicowane niż gdzie indziej i nie bardziej pełne smutków i radości. Niektóre odniosły triumf, inne w ostatniej fazie poniosły porażkę, szybką lub powolną, która przydała im tragicznego splendoru. Ale jako że nie grają one szczególnej roli w głównej historii galaktyki, należy pominąć je milczeniem, podobnie jak jeszcze większą rzeszę światów, które nigdy nie osiągnęły nawet ludzkiego poziomu rozwoju. Gdybym miał rozpisywać się na temat ich losów, popełniłbym ten sam błąd, co historyk starający się opisać prywatne życie każdego człowieka i zaniedbujący przez to wzorce kierujące całym społeczeństwem.

Jak już wspomniałem, w miarę jak doświadczaliśmy kolejnych końców światów, coraz bardziej przerażała nas skala marnotrawstwa i, jak się wydaje, bezcelowości wszechświata. Tak wiele światów po tak mozolnych staraniach niemal osiągało stan pokoju i błogości, aby nagle na zawsze wszystko utracić. Katastrofa często była skutkiem jakiejś trywialnej wady temperamentu czy konsekwencją natury biologicznej. Niektórym rasom brakowało inteligencji, innym woli społecznej, by poradzić sobie z problemami zjednoczonej globalnej społeczności. Niektóre niszczył nagle nowy szczep bakterii, zanim dojrzały ich nauki medyczne. Jeszcze inne padały ofiarą zmian klimatycznych, często utraty atmosfery. Czasami koniec nadchodził w wyniku kolizji z gęstymi chmurami pyłu lub gazu czy z rojami ogromnych meteorów. Pewną liczbę światów zniszczył upadek satelity. Mniejsze ciało, przedzierające się poprzez wieki przez bardzo rozrzedzoną, ale wszechobecną chmurę wolnych atomów w przestrzeni międzygwiezdnej, traciło pęd. Jego orbita kurczyła się, z początku powoli, a następnie coraz szybciej. Powodowało ogromne pływy w oceanach większego z ciał i zatapiało cywilizację. Później, w wyniku coraz silniejszego działania ciążenia planety, wielki księżyc rozpadał się. Najpierw zrzucał ludziom na głowy deszcz swojego oceanu, następnie swoje góry i w końcu gigantyczne, ogniste kawałki rdzenia. Jeśli koniec świata nie nadszedł na żaden z tych sposobów to nieuchronnie, choć być może dopiero w schyłkowej fazie istnienia galaktyki, musiał nadejść na inny. Kurcząca się orbita samej planety musi ostatecznie zbliżyć każdy świat tak blisko słońca, że warunki na jej powierzchni staną się nie do zniesienia dla życia i przez wieki w końcu każda żywa istota zostanie upieczona.

Gdy byliśmy świadkami tych ogromnych, katastrof ogarniało nas przerażenie i rozpacz. Ból współczucia dla ostatnich pozostałych przy życiu resztek mieszkańców tych światów wiele nas nauczył.

Najbardziej rozwinięte ze skazanych na śmierć światów nie potrzebowały naszego współczucia, jako że ich mieszkańcy zdawali się zdolni do zmierzenia się z końcem wszystkiego, co kochali ze spokojem, a nawet z dziwną, niezachwianą radością, której na tym etapie naszej podróży nie mogliśmy pojąć. Ale tylko garstka z nich była w stanie osiągnąć ten stan społecznego spokoju i spełnienia, do którego wszystkie światy dążyły po omacku. Poza tym na niżej rozwiniętych światach niewiele jednostek docierało do stanu satysfakcji życiowej nawet w wąskich ramach ich niedoskonałej natury. Bez wątpienia jeden czy dwóch, tu i tam, na niemal każdym świecie odnalazł nie tylko zwykłą radość, ale szczęśliwość wykraczającą poza wszelkie pojęcie. Ale dla nas, przytłoczonych cierpieniem i jałowością starań tysiąca ras, zdawało się, że ta radość, ekstaza, czy odczuwały ją rozproszone jednostki czy też całe światy, musi być jednak fałszywa, a ci, którzy ją odnaleźli musieli być zamroczeni przez swoją osobistą, nietypową pogodę ducha, bo najwyraźniej sprawiła, że stali się niewrażliwi na otaczającą ich makabrę.