W pewnej chwili, pod koniec pierwszej fazy naszej pielgrzymki, gdy, myśląc i czując jednym głosem, powiedzieliśmy do siebie nawzajem:

— Jeśli Sprawca Gwiazd jest miłością, to wiemy, że musi to być słuszne. Ale jeśli nie jest, jeśli jest jakimś innym, bardziej nieludzkim duchem, to również musi być słuszne. A jeśli jest niczym, jeśli gwiazdy i wszystko inne nie są jego tworami, ale powstały samoistnie i jeśli duch ten jest tylko wyrafinowanym wytworem naszych umysłów, to również musi być słuszne, to i żadna inna możliwość. Nie wiemy bowiem, czy najwyższe miejsce dla miłości mieści się na tronie czy na krzyżu. Nie możemy wiedzieć, jaki duch rządzi wszechświatem, bo na tronie zasiada mrok. Wiemy, ujrzeliśmy, że pośród marnotrawstwa gwiazd miłość jest ukrzyżowana, dla udowodnienia jej samej i dla chwały tronu. Cenimy w sobie miłość i wszystko, co ludzkie. A jednak oddajemy także cześć tronowi i ciemności na tronie. Czymkolwiek jest, Miłością czy nie Miłością, nasze serca wielbią ją, górując nad rozumem.

Zanim jednak nasze serca w pełni dostroiły się do tego nowego, dziwnego uczucia, wciąż musieliśmy jeszcze przebyć długą drogę w poznaniu różnorakich światów ludzkiego poziomu. Muszę teraz opisać kilka rodzajów światów bardzo różnych od naszych, choć w ogólności nie bardziej dojrzałych.

VII. Więcej światów

1. Rasa symbiotyczna

Na pewnych dużych planetach, których klimat, z uwagi na bliskość gorącego słońca, był znacznie cieplejszy niż w naszych tropikach, czasami znajdowaliśmy rasę inteligentnych istot podobnych rybom. Zdumiało nas odkrycie, że podwodny świat może zrodzić umysły ludzkiego poziomu, które dotarły do znajomego nam już kryzysu ducha.

Bardzo płytkie i nasłonecznione oceany tych wielkich światów pełne były niezwykle różnorodnych habitatów i bogate w życie. Zielone połacie roślin, które można podzielić na tropikalne, subtropikalne, umiarkowane i arktyczne, rosły na jasnych dnach oceanów. Były tam podmorskie prerie i lasy. W niektórych rejonach ogromne wodorosty sięgały od dna aż po fale. W tych dżunglach błękitne, oślepiające światło słońca niemal całkiem zanikało. Wielkie rafy koralowe, z labiryntami kanałów, pełne wszelkiego rodzaju życia, unosiły swe wieże ku powierzchni. Niezliczone gatunki rybopodobnych stworzeń rozmiarów od szprotek po wieloryby zamieszkiwały różne poziomy wód, niektóre sunęły po dnie, inne zaś ośmielały się co jakiś czas skoczyć w upalne powietrze. W najgłębszych, najciemniejszych rejonach rzesze potworów, pozbawionych oczu lub luminescencyjnych, pożywiało się ciągłym deszczem trupów, który opadał tam z wyższych poziomów. Nad ich głębokim światem leżały inne światy, coraz jaśniejsze i barwniejsze, gdzie pstrokate ławice nagrzewały się na słońcu, szukały pożywienia czy zaciekle polowały.

Inteligencję na tych planetach osiągały zwykle jakieś niepozorne stworzenia społeczne, nie będące rybami, ośmiornicami ani skorupiakami, ale jakiś połączeniem wszystkich trzech. Były wyposażone w chwytne macki, bystre oczy i złożone mózgi. Budowały gniazda z wodorostów w zagłębieniach w rafach lub budowały koralowe fortece. Z czasem pojawiały się pułapki, broń, narzędzia, podmorskie rolnictwo, początki prymitywnej sztuki, rytuały pierwotnej religii. A następnie typowe fluktuacje postępu ducha od barbarzyństwa ku cywilizacji.

Jeden z tych morskich światów był wyjątkowo ciekawy. U początków życia naszej galaktyki, gdy niewiele gwiazd skurczyło się jeszcze z olbrzymów do typu słonecznego, kiedy narodziło się jeszcze bardzo mało planet, podwójny układ gwiazd i pojedyncza gwiazda w tłocznej gromadzie zbliżyły się do siebie, kierując ku sobie nawzajem strumienie ognia, i zrodziły planety. Z tych światów na jednym, ogromnym i pełnym wody globie, powstała z czasem dominująca rasa, która była nie jednym gatunkiem, ale intymną, symbiotyczną relacją partnerską dwóch różnych obcych stworzeń. Jedna przypominała ryby, a druga wyglądała jak coś w rodzaju skorupiaka, rodzaj kraba albo morskiego pająka. Inaczej niż nasze skorupiaki, pokrywała go nie krucha skorupa, ale gruby pancerz. U dojrzałych osobników był on dość sztywny, nie licząc stawów, ale w młodości dopasowywał się do wciąż rosnącego mózgu. Stwór ten żył na wybrzeżach i w przybrzeżnych wodach wielu wysp planety. Umysły obu gatunków dotarły do ludzkiego poziomu rozwoju, ale różniły się temperamentem i zdolnościami. W czasach pierwotnych każda na swój sposób, na własnej półkuli wielkiej morskiej planety doszła do czegoś, co można nazwać ostatnim przedludzkim poziomem mentalności. Następnie gatunki zetknęły się ze sobą i doszło do pierwszych konfliktów. Polem bitwy były płytkie wody przybrzeżne. „Skorupiaki”, choć z grubsza ziemnowodne, nie mogły spędzać dużo czasu pod powierzchnią morza, a „ryby” nie mogły go opuścić.

Te dwie rasy w rzeczywistości poważnie ze sobą nie konkurowały pod względem gospodarczym, jako że „ryby” były w większości roślinożerne, a „skorupiaki” mięsożerne. Nie tolerowały jednak swojej wzajemnej obecności. Oba gatunki dostatecznie przypominały umysłowo człowieka, aby zdawać sobie sprawę z tego, że rywalizują o pozycję arystokratów w podludzkim świecie, ale żadna nie była dość ludzka, by zauważyć, że najbardziej skorzystają na współpracy. Rybopodobne stworzenia, które nazwę „ichtioidami”, dysponowały umiejętnością prędkiego poruszania się i pokonywania dalekich dystansów. Bezpieczeństwo dawała im też liczebność. Krabowate czy też pająkowate „skorupiaki”, które nazwę „arachnoidami”, były zręczniejsze i miały dostęp do suchego lądu. Współpraca byłaby korzystna dla obu gatunków, jako że jedno z głównych źródeł pożywienia arachnoidów pasożytowało na ichtioidach.