Być może, mimo bliskiego związku każdej z par, ten dziwny podział obowiązków z czasem doprowadziłby do kolejnego konfliktu, gdyby nie dwa nowe odkrycia.Pierwszym był rozwój telepatii. Kilkaset lat po epoce wojny udało się nawiązać pełną więź telepatyczną między osobnikami składającymi się na każdą z par. Z czasem więź tę rozszerzono na całą podwójną rasę. Pierwszym skutkiem tej zmiany było znaczne ułatwienie komunikacji między istotami na całym świecie i znacznie lepsze wzajemne zrozumienie, jedność w dążeniu do celu. Ale zanim nasze połączenie z tą czyniącą wyjątkowo szybkie postępy rasą urwało się, ujrzeliśmy dowody na znacznie poważniejsze skutki powszechnej telepatii. Czasami, jak nam powiedziano, telepatyczna więź całej rasy powodowała coś w rodzaju fragmentarycznego przebudzenia zbiorowego umysłu świata, w którym uczestniczyły wszystkie osobniki.
Druga wielka innowacja polegała na badaniach genetycznych. Arachnoidy, które musiały pozostać zdolne do aktywnego życia na suchym lądzie i na wielkiej planecie, nie mogły szczególnie zwiększyć rozmiarów i możliwości mózgu. Ichtioidy natomiast, większe i podtrzymywane przez wodę, nie miały takich ograniczeń. Po długich i często katastrofalnych w skutkach eksperymentach powstała rasa „superichtioidów”. Z czasem cała populacja ichtioidów zaczęła składać się z tych istot. Tymczasem arachnoidy, które zaczęły już wtedy eksplorować i kolonizować inne planety swojego układu słonecznego, uzyskały nie większą złożoność mózgu, ale zwiększenie możliwości ośrodków mózgowych pozwalających na telepatię. Dlatego też, mimo prostszych mózgów, były w stanie zachować pełną więź telepatyczną nawet z wielkomózgimi partnerami znajdującymi się daleko, w oceanach ojczystej planety. Proste i złożone mózgi składały się teraz na jeden układ, w którym każda jednostka, choćby jej wkład był skromny, odczuwała to, co jego całość.
To w tej chwili, gdy pierwotne ichtioidy zostały zastąpione superichtioidami, w końcu straciliśmy z nimi kontakt. Doświadczenie podwójnej rasy wyszło poza możliwości naszego poznania. Na znacznie późniejszym etapie naszej przygody natknęliśmy się na nie ponownie, na wyższej płaszczyźnie istnienia. Dołączyły wtedy do tego szeroko zakrojonego wspólnego przedsięwzięcia, o którym jeszcze opowiem, nad którym pracowała galaktyczna wspólnota światów. W owej chwili symbiotyczna rasa składała się z ogromnej rzeszy arachnoidalnych podróżników rozproszonych po wielu planetach i około pięćdziesięciu miliardów superichtioidów prowadzących błogie, podwodne życie pełne intensywnej pracy umysłowej w oceanach ojczystego świata. Nawet na tym etapie potrzebny był kontakt fizyczny między partnerami, choć z długimi przerwami. Między koloniami a ojczystym światem krążył ciągły strumień statków kosmicznych. Ichtioidy, wraz z partnerami na mnóstwie planet, tworzyły jeden wspólny umysł. Choć nici wspólnego doświadczenia snuła cała symbiotyczna rasa, to właśnie żyjące w swym oceanicznym domu ichtioidy tkały z nich jedną sieć, współdzieloną przez wszystkie osobniki obu gatunków.
2. Istoty złożone
Czasami w toku naszej przygody spotykaliśmy światy zamieszkane przez inteligentne istoty, których osobowość nie stanowiła ekspresji pojedynczego organizmu, ale grupy organizmów. W większości przypadków stan ten był skutkiem potrzeby połączenia inteligencji z lekkością pojedynczego ciała. Na dużych planetach, dość bliskich słońca lub posiadających dużego satelitę, występowały ogromne pływy morskie. Znaczne obszary ich powierzchni były okresowo zalewane, po czym wyłaniały się spod wody. Na takim świecie cenna była możliwość lotu, ale z uwagi na siłę grawitacji tylko niewielkie stworzenie, o względnie małej masie, było w stanie latać. Mózg dość duży dla złożonych „ludzkich” zadań nie mógłby unieść się w powietrze.
Na takich światach organiczną podstawą dla inteligencji był często rój istot nie większych od wróbli. Grupa osobnych ciał składała się na jeden umysł ludzkiego poziomu. Mimo wielości ciał, zamieszkująca je świadomość składała się na jedną osobę ludzkiego poziomu. Tak jak stada bekasów unoszą się nad rzekami, tak nad zalewanymi wciąż regionami tych światów manewrowały chmury ptakopodobnych istot, a każda chmura stanowiła jedno centrum świadomości. Co jakiś czas, podobnie jak nasze ptaki brodzące, skrzydlate istoty osiadały na ziemi i wielka chmura stawała się ledwie widocznym osadem na brzegu odpływu.
Rytmem życia na tych światach kierowały pływy. Podczas nocnych pływów ptasie chmury spały na falach. Podczas dziennych zajmowały się sportami powietrznymi i rytuałami religijnymi. Ale dwa razy dziennie, gdy ląd stawał się suchy, kultywowały wilgotny szlam lub wykonywały w swoich miastach z betonowych bloków wszystkie działania przemysłowe i kulturowe. Ciekawie było obserwować, jak sprytnie, zanim wracały fale, wszystkie instrumenty cywilizacji zabezpieczano przed żywiołem.
Z początku zakładaliśmy, że umysłowa jedność tych małych ptaków jest telepatyczna, ale w rzeczywistości było inaczej. Opierała się na jedności złożonego pola elektromagnetycznego, na czymś w rodzaju fal radiowych przenikających całą grupę. Fale te, nadawane i wysyłane przez każdy indywidualny organizm, odpowiadały przepływowi sygnałów w neuronach, który utrzymuje jedność ludzkiego układu nerwowego. Każdy mózg rozbrzmiewał eterycznym rytmem otoczenia i każdy dodawał do tego złożonego wzoru swój własny wkład. Póki stado znajdowało się w zasięgu około jednej czwartej kilometra sześciennego, składające się na niego osobniki były zjednoczone umysłowo i każdy służył za wyspecjalizowany ośrodek wspólnego „mózgu”. Ale jeśli któryś oddzielił się od stada, jak zdarzało się przy burzliwej pogodzie, tracił kontakt umysłowy i stawał się osobnym umysłem niższego rzędu. Na ten czas stawał się zwierzęciem kierującym się tylko prostym instynktem nawiązania ponownego kontaktu ze stadem.
Można łatwo wyobrazić sobie, że życie umysłowe tych złożonych istot było zdecydowanie odmienne od wszystkiego, z czym spotkaliśmy się wcześniej. Inne, a jednocześnie takie samo. Tak jak człowiek, ptasia chmura zdolna była do gniewu i strachu, głodu i żądzy seksualnej, osobistej miłości i wszystkich pasji tłumu. Medium tych doświadczeń było jednak na tyle różne od wszystkiego, co znaliśmy do tej pory, że rozpoznawaliśmy je z wielkim trudem.
Na przykład seks wyjątkowo nas skonsternował. Każda chmura była obupłciowa i zawierała setki wyspecjalizowanych ptasich jednostek płci męskiej i żeńskiej, obojętnych na siebie nawzajem, ale bardzo żywo reagujących na obecność innych chmur. Jak się okazało, u tych dziwnych zbiorowych istot rozkosz i wstyd kontaktu cielesnego przejawiały się nie tylko przez samą kopulację poszczególnych organizmów, ale, z wyjątkową subtelnością, przez powietrzne zlanie się dwóch latających chmur podczas manewrów godowych.