Jako że ta próba pocieszenia poszła na marne, odłożyłem na bok współczucie i zadowoliłem się jedynie śledzeniem aż do końca rozpadu społeczności mgławic. Według ludzkich standardów ich agonia była niezwykle długa. Zaczęła się od przekształcenia najstarszych mgławic w gwiazdy i trwała (czy też będzie trwać) długo po zniszczeniu ostatniej rasy ludzi na Neptunie. Ostatnia z mgławic pogrążyła się w całkowitej nieświadomości, dopiero gdy wiele trupów jej sąsiadek przemieniło się w symbiotyczne społeczeństwa gwiazd i myślących światów. Ale dla żyjących powoli mgławic ta zaraza zdawała się postępującą natychmiastowo chorobą. Jedna po drugiej, każda z tych wielkich, religijnych bestii zmierzyć się musiała z subtelnym wrogiem i stoczyć przegraną walkę, aż w końcu ogarniała ją apatia. Żadna nie wiedziała, że jej rozpadające się ciało pełne było młodego i szybszego życia gwiazd ani że tu i tam towarzyszyły mu nieporównanie przyspieszonego życia stworzeń takich jak ludzie, których całe wieki historii składały się tylko na parę bolesnych chwil dla pierwotnych potworów.

2. Kulminacyjny moment nadchodzi

Odkrycie mgławicowego życia głęboko poruszyło zaczątkowy kosmiczny umysł, którym się stałem. Cierpliwie przyglądałem się tym niemal bezkształtnym megateriom, wchłaniając w swoją złożoną istotę ferwor ich prostej, ale głębokiej natury. Te pierwotne stworzenia dążyły bowiem do swojego celu z determinacją i pasją przyćmiewającą wszystkie światy i gwiazdy. Z tak szczerą wyobraźnią wniknąłem w ich historię, że sam, jako kosmiczny umysł, w pewnym sensie powstałem na nowo dzięki kontemplacji tych istot. Rozważając z mgławicowego punktu widzenia całą złożoność i subtelność żywych światów, zacząłem zastanawiać się, czy nieskończone dywagacje światów naprawdę wynikały z bogactwa istnienia czy też może ze słabości percepcji duchowej, z ogromnie zróżnicowanego potencjału ich natury czy też może z braku intensywnych, jednoznacznie kierujących nimi doznań. Lekko namagnetyzowana igła kompasu kiwa się to na zachód, to na wschód i długo szuka odpowiedniego kierunku. Bardziej wrażliwa od razu skieruje się na północ. Czyżby cała złożoność światów, z całą rzeszą drobnych, ale różnorodnych członków, jedynie zakłócała ich poczucie odpowiedniego kierunku ducha? Czy prostota i wigor duchowy najwcześniejszych, największych istot pozwalała im osiągnąć coś mającego najwyższą wartość, której nigdy nie mogły dosięgnąć bardziej złożone i subtelne światy?

Ale nie! Choć mentalność mgławic była wspaniała na swój dziwny sposób, umysły gwiazd i planet również miały wyjątkowe zalety. A z całej trójki najbardziej należy cenić te planetarne, jako że najlepiej rozumiały pozostałe.

Pozwoliłem sobie uwierzyć, że skoro zawierałem w swojej istocie intymną świadomość nie tylko wielu galaktyk, ale także pierwszych faz kosmicznego życia, mogłem teraz szczerze uważać siebie za zaczątek umysłu całego kosmosu.

Jednakże przebudzone galaktyki, które mnie wspierały, stanowiły wciąż niewielką mniejszość ogólnej populacji galaktyk. Dzięki telepatycznemu wpływowi wciąż pomagałem w wielu galaktykach, które znajdowały się u progu dojrzałości umysłowej. Gdybym mógł ogarnąć kosmiczną społeczność przebudzonych galaktyk liczonych w setkach, a nie zaledwie w dziesiątkach członków, być może ja sam, wspólny umysł, mógłbym zyskać dość sił, by przejść od obecnego stanu przedłużonego mentalnego dzieciństwa do czegoś bardziej przypominającego dojrzałość. Było dla mnie jasne, że nawet w swym embrionalnym stanie dojrzewałem do jakiegoś nowego oświecenia i jeśli szczęście będzie mi sprzyjać, stanę może wobec tego, kogo w ludzkim języku tej książki nazwałem Sprawcą Gwiazd.

W owym czasie moja tęsknota za jego obecnością stała się wszechogarniającą pasją. Zdawało mi się, że zasłona, za którą skrywa się wciąż źródło i cel wszystkich mgławic, gwiazd i światów, zaczyna się rozpadać. Moc, która skłoniła tak wiele miriad istot do oddawania jej czci, ale która nie objawiła się wyraźnie żadnej z nich, ta, ku której ślepo podążały wszystkie istoty, przedstawiając ją poprzez obrazy miriad bóstw, znajdowała się tuż u progu poznania mojego kalekiego, lecz wciąż rosnącego ducha kosmosu.

Ja, który sam byłem czczony przez rzesze składających się na mnie istnień, ja, którego osiągnięcia wykraczały daleko poza ich marzenia, byłem teraz przygnieciony poczuciem własnej małości i niedoskonałości. Ukryta obecność Sprawcy Gwiazd już obezwładniała mnie bowiem ze straszliwą siłą. Im wyżej podążałem po ścieżce ducha, tym wyższe zdawały się widoczne w oddali szczyty. Bowiem to, co dawniej uważałem za ich wierzchołek teraz okazywało się być zaledwie pogórzem. Za nim widniał prawdziwy stok, stromy, poszarpany, pokryty lodem i unoszący się ku ciemnej mgle. Nigdy nie powinienem wspinać się na to urwisko. A jednak muszę iść do przodu. Niepowstrzymana żądza przełamała strach.

Tymczasem pod moim wpływem niedojrzałe galaktyki kolejno uzyskiwały ten poziom świadomości, który pozwalał im dołączyć do kosmicznej wspólnoty i wzbogacić mnie swym szczególnym doświadczeniem. Jednak pod względem fizycznym wszechświat wciąż słabł. W chwili gdy połowa całkowitej populacji galaktyk osiągnęła dojrzałość, jasne stało się, że niewielu innym się to powiedzie.

We wszystkich galaktykach pozostało bardzo niewiele żywych gwiazd. Spośród rzeszy martwych niektóre, poddane atomowej dezintegracji, służyły za sztuczne słońca otoczone przez wiele tysięcy sztucznych planet. Ale zdecydowana większość gwiazd wygasła i została bezpośrednio zaludniona. Po jakimś czasie konieczna stała się ewakuacja wszystkich planet, jako że sztuczne słońca stanowiły zbyt ekstrawagancki wydatek energii. Zamieszkujące planety rasy kolejno ulegały samozniszczeniu, oddając materię swych światów i całą swoją mądrość mieszkańcom wygasłych gwiazd. Od tej pory kosmos, dawniej rój płonących galaktyk, składał się w pełni z gwiazdowych trupów. Te ciemne ziarna dryfowały pośród ciemnej otchłani jak nieskończenie wiotki dym unoszący się po zgaszeniu ognia. Na tych okruchach, tych gigantycznych światach, ostatnie populacje stworzyły tu i tam dzięki sztucznemu oświetleniu blady blask, niewidoczny nawet z wewnętrznego pierścienia pozbawionych życia planet.