— Chcesz zostać moją towarzyszką, moją żoną?
— Nie — odpowiedziała młoda osoba — zbyt wielkie byłoby to poświęcenie z pańskiej strony. Istota pozbawiona słuchu i mowy smutną byłaby dla was towarzyszką.
Morse nalegał, bo kochał ją prawdziwie, a miłość jego była podwojona współczuciem dla nieszczęśliwej dziewczyny.
— Wyleczę cię — mówił — jestem pewny, że cierpliwość i starania moje obdarzą cię słuchem i głosem.
Głuchoniema także pokochała tego człowieka, tak dobrego i zacnego, który dawał jej dowody szczerej miłości; oddała mu swą rękę.
Ślub odbył się w kościele głuchoniemych, w obecności wszystkich jej koleżanek szkolnych. Była to ceremonia bardzo wzruszająca.
Morse nie był jeszcze podówczas sławnym wynalazcą telegrafów, ale był już znakomitym malarzem.
Przyjaciele jego nie mogli zrozumieć podobnego wyboru.
— Co za dziwaczna myśl — mówili — żenić się z głuchoniemą.
On tymczasem pojechał z żoną na wieś i tam, z dala od świata, poświęcił jej się zupełnie, badał tajemnice nauki i sztuki, aby ją tylko uzdrowić.