— Hej! — krzyknął jeden z chłopców. — Spójrz na ten brudny kij! Ciekawe, skąd się tu wziął. — To mówiąc, wyjął Rakietę z rowu.
— BRUDNY kij! — pisnęła Rakieta. — Niemożliwe! CUDNY kij, na pewno tak powiedział. „Cudny kij” to spory komplement. Właściwie to chyba pomylił mnie z jednym z królewskich dygnitarzy!
— Wrzućmy go do ognia! — zaproponował drugi chłopiec. — Woda szybciej się zagotuje.
Zebrali więc chrust razem, na wierzch położyli Rakietę i rozpalili ogień.
— Wspaniale! — krzyknęła Rakieta. — wystrzelą mnie w biały dzień, tak żeby każdy mógł mnie podziwiać!
— Teraz możemy się zdrzemnąć — stwierdzili chłopcy. — Gdy wstaniemy, woda będzie już gorąca. — Położyli się na trawie i zamknęli oczy.
Rakieta była bardzo wilgotna, więc dużo czasu upłynęło, zanim się zapaliła. W końcu jednak ogień chwycił i ją.
— A teraz w górę! — wrzasnęła, napinając się z całej siły i prostując. — Na pewno polecę wyżej niż gwiazdy, ponad księżyc i słońce. Właściwie to mogę polecieć tak wysoko, że...
Fizz! Fizz! Fizz! I pomknęła prosto w powietrze.
— Rozkosznie! — krzyknęła. — Będę tak lecieć bez końca. Cóż za wspaniały sukces!