Niczym muskularna grecka rzeźba o kończynach z brązu stał wśród piasku plecami do księżyca. Z piany wynurzyły się białe ramiona, które go przywoływały, a wśród fal przebłyskiwały przyćmione figury, które składały my hołd. Przed nim znajdował się jego cień, ciało jego duszy, a za nim w miodowym powietrzu wisiał księżyc.

Dusza przemówiła do niego:

— Jeśli naprawdę musisz mnie odprawić, nie odprawiaj mnie bez serca. Świat jest okrutny, daj mi swe serce na drogę.

Rybak potrząsnął tylko głową i uśmiechnął się.

— Czym miałbym kochać ukochaną, jeśli oddałbym ci serce?

— Miej litość — rzekła dusza. — Oddaj mi serce, bo świat jest okrutny i czuję trwogę.

— Moje serce należy do mej ukochanej — odpowiedział — zatem nie zwlekaj i odejdź.

— Czy ja też nie zasługuję na to, by kochać? — zapytała dusza.

— Odejdź, nie potrzebuję cię — zakrzyknął młody rybak i wziął do ręki zielony nożyk o wężowej rękojeści. Wzdłuż krawędzi stóp odciął cień, który natychmiast podniósł się i stanął przed chłopakiem, spoglądając na niego. Wyglądał dokładnie tak samo jak on.

Rybak odsunął się, zatknął nożyk za pas i spłynęło na niego uczucie grozy.