Rybak na to zaśmiał się:
— Nic złego mi nie uczyniłaś, ale nie potrzebuję cię — odpowiedział. — Świat jest szeroki, masz także niebo i piekło oraz ów mroczny dom, który leży między nimi. Idź, dokąd zechcesz, ale nie kłopocz mnie więcej, bo moja miłość mnie wzywa.
Dusza błagała go żałośnie, ale nie usłuchał. Przeskakiwał tylko ze skały na skałę z pewnością dzikiej kozicy, aż w końcu zszedł na sam dół do żółtego piasku wybrzeża.
Niczym muskularna grecka rzeźba o kończynach z brązu stał wśród piasku plecami do księżyca. Z piany wynurzyły się białe ramiona, które go przywoływały, a wśród fal przebłyskiwały przyćmione figury, które składały my hołd. Przed nim znajdował się jego cień, ciało jego duszy, a za nim w miodowym powietrzu wisiał księżyc.
Dusza przemówiła do niego:
— Jeśli naprawdę musisz mnie odprawić, nie odprawiaj mnie bez serca. Świat jest okrutny, daj mi swe serce na drogę.
Rybak potrząsnął tylko głową i uśmiechnął się.
— Czym miałbym kochać ukochaną, jeśli oddałbym ci serce?
— Miej litość — rzekła dusza. — Oddaj mi serce, bo świat jest okrutny i czuję trwogę.
— Moje serce należy do mej ukochanej — odpowiedział — zatem nie zwlekaj i odejdź.